• Winda
  • Duży pokój
  • Gabinet
  • Łaźnia
  • Spiżarnia
  • Garderoba
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Profesje Znane i nieznane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Profesje Znane i nieznane. Pokaż wszystkie posty
Chcę być lekarzem - czy nie jest za późno? Medycyna po innym kierunku studiów - 5 zaskakujących historii

Chcę być lekarzem - czy nie jest za późno? Medycyna po innym kierunku studiów - 5 zaskakujących historii

Mówi się, że jeżeli wybierzemy zawód, który jest naszą pasją, nie przepracujemy ani jednego dnia. Jak tego dokonać? Jak rozeznać swoje powołanie i znaleźć zajęcie zgodne z predyspozycjami? Wybór odpowiedniej profesji, to rzecz niełatwa - często zdarza się, że droga zawodowa, którą obraliśmy po odebraniu świadectwa dojrzałości, okazuje się pomyłką. Co wtedy? Tkwić w miejscu, które nas unieszczęśliwia czy dokonać życiowej rewolucji? Dziś w blok(g)u w piwnicy goszczę pięć kobiet, które wybrały drugą opcję. Marta, Ania, Kasia, Ola i Sara, postawiły wszystko na jedną kartę, każda z nich przewróciła swoje dotychczasowe życie, by osiągnąć cel - zostać lekarzem.


Marta Kołątaj

Wychowywałam się w rodzinie lekarskiej, ale nie planowałam iść w stronę medycyny. Rodzice nie wywierali na mnie presji, ani nie zmuszali do obrania konkretnej ścieżki zawodowej, dlatego moim pierwszym wyborem nie była medycyna, ale prawo. Wszystko szło zgodnie z planem - zdałam maturę i dostałam się na studia.

Jednak pod koniec trzeciego roku prawa dopadło mnie przeświadczenie, że ten 'wymarzony' kierunek nie do końca spełnia moje oczekiwania. Czułam, że nie będę szczęśliwa w tym zawodzie. 
Bodźcem do poważnych przemyśleń była dodatkowo książka "Doktorzy" Segala. Zrozumiałam, że nie mogę pracować jako prawnik, nie chciałam robić czegoś, co mnie unieszczęśliwia. Wiedziałam już, że muszę zmienić kierunek na lekarski. Przepłakałam kilka dni, zanim zebrałam się na odwagę i zdecydowałam porozmawiać z rodzicami.

Postanowiłam podjąć konkretne kroki w celu realizacji swoich marzeń. Rodzice dali mi ogromne wsparcie, zaoferowali pomoc finansową i 'duchową', za co jestem im niezmiernie wdzięczna. Zaczęłam działać! Niestety, termin zgłoszeń na maturę minął - musiałam czekać kolejny rok! Nie porzuciłam studiów prawniczych, a między zajęciami i egzaminami uczyłam się chemii i biologii. Po czwartym roku prawa, dostałam się na studia lekarskie. Zamiana prawa na medycynę była najlepszą decyzją w moim życiu.

Okres studiowania na Uniwersytecie Medycznym był wspaniałym doświadczeniem, bardzo dobrze wspominam ten czas. Studiując medycynę, obroniłam pracę magisterską z prawa. Na szóstym roku lekarskiego postanowiłam sprawdzić czy rezygnując z kariery prawnika podjęłam słuszną decyzję. Zaczęłam pracę w kancelarii adwokackiej i upewniłam się, że to medycyna jest moją przyszłością. Dziś jestem na rezydenturze i pracuję na oddziale okulistycznym. Warto było przewrócić swoje życie do góry nogami:)!


Aleksandra 

Liceum rozpoczęłam z przeświadczeniem, że będę starować na medycynę. Niestety, z czasem okazało się, że muszę zmienić swoje plany na 'bardziej przyziemne'. Nie potrafiłam jednak zrezygnować z tematów strice medycznych, dlatego postanowiłam aplikować na położnictwo. Jakiś czas później przeprowadziłam się do oddalonego o 350 kilometrów od mojego rodzinnego miasta Poznania, by rozpocząć naukę na UMP. Pierwsze dni studenckiego życia były dla mnie szokiem. Pobudki o 5 rano, 12 godzin zajęć dziennie, wieczne niedosypianie, stres. Początki nie należały do najłatwiejszych, ale nie poddałam się i z czasem zaczęłam sobie całkiem dobrze radzić.

Pracę na stanowisku położnej wyobrażałam sobie w różowych barwach. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna, o czym przekonałam się przy okazji pierwszych praktyk w szpitalu. 
Wkrótce, po kolejnych zajęciach klinicznych pojawiły się wątpliwości - czy położnictwo, to droga dla mnie? Już wiedziałam, że chcę zostać lekarzem. Mimo obaw, postanowiłam przeprowadzić poważną rozmowę z rodzicami. Po długiej naradzie zdecydowaliśmy, że będę startować na medycynę, ale nie zrezygnuję z położnictwa. Byłam zdeterminowana. Do egzaminu z biologii i chemii uczyłam się w każdej wolnej chwili, nawet między odbieraniem porodów. Korzystałam też z pomocy korepetytora.

Maturę poprawiłam, jednak uzyskane przeze mnie wyniki, nie były wystarczające - brakowało mi kilku punktów, które pozwoliłyby mi studiować w Polsce. 
Nie chcąc tracić kolejnego roku, pomyślałam, że spróbuję swoich sił na uczelni poza granicami kraju, gdzie progi na medycynę są niższe. Wybór padł na Ukrainę - znalazłam pośrednika, wysłałam niezbędne dokumenty i czekałam na termin egzaminu wstępnego. W międzyczasie zaliczyłam semestr na położnictwie, zdałam egzamin zawodowy i obroniłam pracę licencjacką. Tydzień po uzyskaniu tytułu licencjata, byłam w Tarnopolu. Rekrutację przeszłam pozytywnie i wkrótce wyprowadziłam się na Ukrainę. Moje marzenia zaczęły się spełniać.

Rok akademicki na Ukrainie rozpoczęłam 1 września, a na początku października dowiedziałam się, że zostałam przyjęta na studia niestacjonarne w Polsce. W związku z kosztami, jakie poniosłam aplikując na medycynę w Tarnopolu, byłam zmuszona zrezygnować z nauki w kraju. Aktualnie ukończyłam drugi rok medycyny i wreszcie czuję się na właściwym miejscu.


Mam ogromne wsparcie moich rodziców - nie tylko emocjonalne, ale i finansowe. Nie ukrywam, że gdyby nie rodzice, nie miałabym możliwości studiowania medycyny. Ciężko pracują, żeby pokryć koszty mojej nauki.
Jestem szczęśliwa, że zdecydowałam się walczyć o swoje marzenia i nie mam problemu z tym, że swoje powołanie odkryłam później niż większość rówieśników. Przecież to tylko kilka lat :)!


Sara 

Od początku liceum myślałam o podjęciu studiów na kierunku lekarskim, jednak uczyłam się w klasie matematycznej i nie czułam się na siłach, żeby dodatkowo uczyć się biologii i chemii. Ostatecznie stwierdziłam, że po szkole średniej będę rekrutować na fizjoterapię na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku, moim rodzinnym mieście. Pierwszy rok studiów mogę podsumować, jako udany.

Wątpliwości co do mojej przyszłości jako fizjoterapeuty, pojawiły się dość szybko, bo już na drugim roku. Prowadzone przez lekarzy zajęcia kliniczne, pozwoliły mi obserwować kulisy ich pracy, co okazało się doświadczeniem niezwykle pasjonującym. Na korytarzach mijałam studentów medycyny, którzy ochoczo dyskutowali o przeróżnych jednostkach chorobowych, słuchałam ich rozmów z wielką tęsknotą... 
Moje marzenie sprzed kilku lat wróciło do mnie jak boomerang. Pomyślałam, że nie jest jeszcze za późno na zmianę życiowych planów i szykowałam się na rozmowę z najbliższymi. Rodzina uszanowała moją decyzję i obiecała wsparcie, co było dla mnie bardzo ważne. Czym jest kilka lat nietrafionych studiów w stosunku do całego życia?

Na trzecim roku fizjoterapii planowałam poprawić wynik matury z biologii i po raz pierwszy zdawać chemię, której musiałam uczyć się od podstaw. Szybko zdałam sobie sprawę, że przy zajęciach i praktykach na fizjoterapii, przygotowania do matury będą nie lada wyzwaniem. W pierwszym roku podeszłam do egzaminu z biologii i uzyskałam 85%, a w następnym uczyłam się do egzaminu z chemii. W międzyczasie studiowałam - już na magisterce - i pracowałam, żeby zarobić na korepetycje Udało mi się napisać chemię na 83%. Byłam z siebie dumna!

Powoli przygotowywałam się do nowego rozdziału życia. Sądziłam, że będę studiować w rodzinnym Gdańsku, niestety szybko zostałam sprowadzona na ziemię - okazało się, że progi punktowe wzrosły i ledwo dostałam się z ostatniej tury na uczelnię w Łodzi. Miałam wtedy 23 lata. Rodzice zapewnili mi pomoc. Dzięki ich wsparciu finansowemu mogłam wynająć pokój, kupić książki i żyć w mieście oddalonym od mojego domu o 330 km. Na początku ciężko było mi się przyzwyczaić. Sił dodawał mi mój chłopak, Kacper - przyjeżdżał do mnie w każdy weekend, motywował do dalszego działania, zapewniał rozrywkę, abym choć na chwilę oderwała się nauki, odpoczęła.

Bardzo chciałam udowodnić sobie i moim bliskim, że dam radę. Pierwszy rok studiów skończyłam z bardzo wysoką średnią, dostałam stypendium za wyniki w nauce i zostałam wybrana spośród 600 studentów jako reprezentantka w ogólnopolskim konkursie anatomicznym. 
Pod koniec pierwszego roku byłam pewna, że zmieniając kierunek studiów, podjęłam słuszną decyzję. Podczas majowego wyjazdu nad morze, Kacper i ja zaręczyliśmy się! Mój narzeczony przeprowadził się do Łodzi tego samego roku, dzięki czemu zaczęliśmy realizować plany dotyczące wspólnej przyszłości.

Po praktykach znalazłam pracę w restauracji sushi, gdzie cały rok dorabiałam jako kelnerka w weekendy i wieczorami - chcieliśmy uzbierać jak najwięcej pieniędzy na organizację ślubu i wesela. To był niezwykle trudny rok. Pogodzenie pracy z tak wymagającymi studiami, kosztowało mnie sporo wyrzeczeń. Uczyłam się po nocach, nie miałam czasu dla siebie, ani znajomych. Coś za coś, trzeba mieć priorytety...

Pod koniec drugiego roku studiów, byłam tak zmęczona spędzaniem całych weekendów w restauracji, że odważyłam się poszukać pracy w branży fitness. Kurs instruktora zrobiłam na 3 roku fizjoterapii. Przez ten czas dużo zapomniałam i obawiałam się początków, ale perspektywa spędzenia tylko dwóch godzin w pracy w ciągu dnia, była zbyt kusząca. Miałam wielkie szczęście, rozmowy kwalifikacyjne przebiegły pomyślnie i dostałam etat. Od końca drugiego roku studiów pracuję w klubach fitness. Obecnie prowadzę zajęcia 6x w tygodniu (łącznie 13 godzin), prowadzę profil na instagramie gdzie dzielę się pomysłami na zdrowe posiłki, jestem szczęśliwą mężatką, "mamą" kotki Róży, którą adoptowaliśmy rok temu, a przede wszystkim spełnioną studentką czwartego roku medycyny, która ma pomysł na swoją zawodową przyszłość.

Dzięki dobrej organizacji, mam czas na naukę, pracę i życie rodzinne. Nie zawsze jest kolorowo, ale daję radę! Zarabiam, dzięki czemu dokładam się do naszego budżetu, a to daje mi ogromną satysfakcję. Nie wyobrażam sobie siedzieć w domu, uczyć się i nic więcej nie robić. 
Już za 2 lata wrócimy do rodzinnego Gdańska i już dziś wiem, że będzie to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Może to co teraz powiem będzie banalne, ale wierzcie mi, warto walczyć o siebie i swoje marzenia!


Kasia Walkowicz

Pasją do medycyny zaraził mnie mój tata - lekarz. Od dziecka planowałam, że i ja będę leczyć ludzi. Tata często zabierał mnie ze sobą do pracy i do biblioteki lekarskiej, a ja w domu 'dokształcałam się' , po cichu zaglądając do książek medycznych, sklasyfikowanych jako pozycje 'nie dla dzieci'.

W liceum moje marzenia zeszły na dalszy plan. Zdecydowałam, że będę studiować psychologię i tak też zrobiłam. Wytrzymałam rok. Ledwo. Wkrótce przeprowadziłam się do Szwecji i tam też dostałam się na inny kierunek - ekonomię i zarządzanie, a magisterkę kontynuowałam na logistyce. 
To był cudowny czas! Poznałam wielu wspaniałych ludzi reprezentujących różne kultury, mieszkałam w najpiękniejszych miejscach świata, m.in w Paryżu, Chicago, Melbourne...Wydawało się, że niczego mi nie brakuje, jednak w mojej głowie zaczęły pojawiać się wątpliwości, nie byłam pewna, czy odnajdę się w zawodzie, do którego się przygotowywałam.

Na ostatnim roku studiów wiedziałam, że dłużej nie mogę tłumić w sobie uczucia, że mijam się z powołaniem. Stwierdziłam, że muszę rozpocząć studia na medycynie, inaczej nie odnajdę spokoju. W życiowej rewolucji wspierała mnie cała rodzina.

Zapisałam się na kurs przygotowujący do matury, kupiłam niezbędne książki i zaczęłam działać. Moi znajomi patrzyli na mnie z niedowierzaniem - szczególnie mój najbliższy przyjaciel, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, ale ja miałam konkretny plan i nic nie mogło mi przeszkodzić w jego realizacji, a przynajmniej tak wtedy myślałam... Dałam sobie 8 miesięcy na przygotowanie się do egzaminów z dwóch przedmiotów. Od zera... po 8 latach od ukończenia liceum - dodam, że uczyłam się w klasie z rozszerzoną matematyką i geografią, tym większym wyzwaniem było opanowanie materiału z biologii i chemii.

Kiedy nadeszła długo wyczekiwana przeze mnie wiosna 2014 roku, usłyszałam wyrok - nowotwór złośliwy. Szpital, operacje, chemia, ból i ... nauka - pomiędzy wlewami, które trwały po 12h dziennie, rozwiązywałam tysiące zadań. Moje marzenie o medycynie podtrzymywało mnie na duchu. Wierzyłam, że będzie lepiej, że wygram z chorobą i wstanę jak feniks z popiołu.

Pokonam raka i maturę! Taki był plan. 
Udało się! Zdałam maturę i uzyskałam wysoki wynik, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Przegapiłam rekrutację na polski wydział, a że mam szwedzkie obywatelstwo, złożyłam dokumenty na tzw. english division, gdzie prosces rekrutacyjny trwa dłużej. W 2015 roku, w wieku 28 lat zostałam szczęśliwą studentką medycyny:)!Przecież mam jedno życie! Warto je przeżyć dobrze.




Ciężka praca, wyrzeczenia, ale i odrobina szczęścia są podstawą sukcesu. W moim przypadku ważne było także wsparcie rodziny, także to finansowe. Sama staram się zarabiać dodatkowe pieniądze i w wakacje pracuję w Szwecji jako pomoc domowa. Jestem na czwartym roku, mam wspaniałego chłopaka, cudowną rodzinę i wreszcie robię to, co kocham!

Studiuję dla siebie, w końcu zawsze o tym marzyłam. Nie uczę się dla rodziny, ani dla tytułu. W medycynie podoba mi się to, że żaden dzień nie jest taki sam, ciągle trzeba się uczyć.

Wkuwanie książek nie zawsze jest fajnie, ale jak się dotrwa do klinik, cały trud zostaje wynagrodzony. To uczucie kiedy 'coś tam' staje się całością jest niesamowite.
Myślę, że ostatecznie nikt nie zwraca uwagi na to, w jakim wieku zaczęło się studia. Lekarz zawsze znajdzie pracę - na całym świecie. Można wyjechać, można wrócić. Niedawno dowiedziałam się, że mam nawrót choroby, ale nie poddam się i będę walczyć o swoje marzenia mimo wszystko i tego życzę każdemu.

Anna 

Studia medyczne rozpoczęłam w wieku 25 lat. Decyzję podjęłam po ukończeniu farmacji, w trakcie obowiązkowego stażu w aptece. Dlaczego?

Nie odpowiadał mi model w pracy farmaceuty w naszym kraju. O medycynie myślałam już wcześniej, nie byłam jednak gotowa, by tuż po liceum, w wieku 19 lat podjąć tak odpowiedzialne studia. 
Matury nie poprawiałam, miałam wystarczającą ilość punktów z pierwszego podejścia. Postawiłam wszystko na jedna kartę - Poznań ! Udało się bez problemu. Przez sześć lat studiów na lekarskim, pracowałam w aptece. To było nie lada wyzwanie! Miałam jednak szczęście do ludzi - współpracownicy byli bardzo wyrozumiali, wspierali mnie w mojej decyzji i bardzo pomagali.

Rodzina na początku była nastawiona sceptycznie. Aż 6 lat?!" ... Miałam inne zdanie - to tylko 6 lat w perspektywie całego życia!
Uważam, że decyzja o podjęciu studiów na medycynie w wieku późniejszym niż 'przewiduje ustawa', była najlepszą, jaką mogłam podjąć. Dojrzałość, wiedza i doświadczenie, które zdobyłam wcześniej pozwoliło mi na świadome przeżycie tego okresu. Na tą chwilę nie wyobrażam sobie pracować w innym zawodzie.



Znacie osoby, które podobnie jak dzisiejsze bohaterki zdecydowały się na przebranżowienie? A może sami zmieniliście swoją zawodową ścieżkę? Dajcie znać :) Czekam na Wasze historie!
Więcej niezwykłych losów Gości blok(g)u znajdziecie w Windzie i Dużym Pokoju.



To może Cię zainteresować:
Joanna Czech, kosmetyczka Kim Kardashian - wywiad
Aleksandra Sikora - polska reprezentantka Juventusu - wywiad
dr Paweł Kabata - o chirurgii inaczej - wywiad

Duży Pokój : Profesje znane i nieznane - specjalista ds. social media

Duży Pokój : Profesje znane i nieznane - specjalista ds. social media

Dziś goszczę przedstawicielkę superciekawej profesji, o której istnieniu wielu z Was z pewnością nie miało pojęcia! Ola zajmuje się marketingiem internetowym, a jej stanowisko to - specjalista ds. social mediów! Sąsiedzi, rozsiądźcie się wygodnie, w Dużym Pokoju zasiada Ola Sikora


Co sprawiło, że zdecydowałaś się pracować w marketingu internetowym?
A.S: Myślę, że wszystko zaczęło się już podczas wyboru liceum. Nie bez powodu postawiłam na klasę informatyczno-matematyczną. Potem wybrałam nietypowe i świeże studia – Informatykę Stosowaną, ale na Uniwersytecie Ekonomicznym. Osoby, które uznają, że na tym kierunku tylko siedzimy i programujemy muszę wyprowadzić z błędu – te studia podchodzą praktycznie do zastosowania Informatyki w firmie. W między czasie dołączyłam do projektu Szlachetna Paczka, gdzie musiałam także zająć się prowadzeniem profilu mojego rejonu na Facebooku. Moja praca licencjacka także nawiązywała do tego tematu – napisałam o szansie jaką jest Facebook dla instytucji charytatywnych. Z czasem pojawiła się opcja stażu w firmie zajmującej się pozycjonowaniem, na stanowisku ściśle związanym z SEO. Po odbytym stażu intensywnie szukałam pracy o podobnym zakresie i tak trafiłam do agencji marketingu internetowego, w której nastąpił największy przełom w moim życiu. W firmie jednak okazało się, że muszę przejąć od kolegi reklamy AdWords, prowadzenie profili klientów w social media oraz reklamy Facebook Ads. I to był ten moment – zdecydowanie najbardziej polubiłam pracę związaną z Facebookiem. W lutym tego roku postanowiłam zmienić nie tylko pracę ale także swoje życie i pełnię rolę samodzielnego specjalisty ds. social media.

Na czym polega praca na stanowisku specjalisty ds. mediów społecznościowych?
A.S: Moja praca polega na skutecznej i dobrze skrojonej reklamie dla naszych klientów. Odpowiadam za opracowanie długofalowej strategii obejmującej analizę potencjalnych odbiorców naszych komunikatów, a także zakres działań na pewien okres czasu. W dalszej kolejności to ja kontaktuję się z klientem i po akceptacji strategii zaczynam wdrażać ją w życie. Do moich zadań należy także opracowanie wytycznych do grafik, które przygotowuje jeden z moich współpracowników. Na tym etapie następują także ewentualne konsultacje i nanoszenie poprawek – czuwam nad dbałością o spójną całość, ale także zgodność z wymaganiami Facebooka. Po otrzymaniu grafik to ja tworzę do nich treści i umieszczam je na profilu danej firmy. Oprócz tego reaguję na wszelkie aktywności – polubienia, komentarze, udostępnienia, opinie czy wiadomości. Cyklicznie raportuję także nasze działania klientom, ponieważ chcę by mieli obraz zmian zachodzących na profilu. Dzięki szkoleniom z Facebook Ads dodatkowo zajmuję się promowaniem postów, a także tworzeniem pozostałych typów reklam. 

Pracujesz zdalnie czy w stacjonarnie w biurze?
Aleksandra Sikora: Pracuję stacjonarnie w biurze i zdecydowanie to rozwiązanie mi najbardziej odpowiada. Lubię przebywać wśród innych osób, a praca w biurze zdecydowanie zwiększa moją efektywność. Wydaje mi się, że to kwestia charakteru. Zdarza mi się jednak pracować zdalnie, z tym, że staram się z tej opcji korzystać bardzo okazjonalnie.
Ola Sikora
Jaki poziom zarobków jest możliwy do osiągnięcia na tym stanowisku?
A.S: Wszystko to jest zależne od wielu składników – miasta, zakresu obowiązków czy doświadczenia. Ciężko podać tu konkretną kwotę. Jednak w przypadku niesatysfakcjonujących zarobków na stanowisku, specjalista ds. Social media ma szansę dorobić zdalnie biorąc dodatkowe zlecenia – wielu moich znajomych pracuje właśnie w taki sposób.

Jakie wyzwania zawodowe stoją przed specjalistą ds. social mediów?
A.S: Największym wyzwaniem jest ciągły rozwój – to na tyle dynamiczna branża, że zdarza się, że kilkudniowa przerwa buduje zaległości. Wydaje mi się, że spore wyzwanie to także monitoring tego, co dzieje się na profilach klientów – niejednokrotnie odpowiadam na wiadomości w niedzielny wieczór czy reaguję na komentarze rankiem. Czasem strach iść na urlop ;)

Co sprawia Ci największą przyjemność podczas wykonywania obowiązków zawodowych, a czego nie lubisz?
A.S: Zdecydowanie najbardziej lubię tworzyć posty. Na całe szczęście mam klientów z bardzo wdzięcznych branż i praca nad ich profilami jest dla mnie samą przyjemnością. Lubię też otrzymywać informacje o tym jak fanpage przełożył się bezpośrednio na sprzedaż czy pośrednio na budowanie wizerunku marki. Co do rzeczy, których nie lubię to raczej nie zdarzają się takie sytuacje – bardzo lubię swoją pracę i czasem śmieję się, że nie czuję jakbym w niej była ;)

Instargam, Facebook, Snapchat? W której z wymienionych aplikacji drzemie największy potencjał?
A.S: Wydaje mi się, że każde po kolei. Wszystko zależne jest od grupy potencjalnych odbiorców oraz rodzaju działalności. Zmiany nadchodzą tak szybko, że czasem wybrane aplikacje wysuwają się na prowadzenie, a kiedy indziej są na szarym końcu. Facebook jest najbardziej rozbudowaną aplikacją i daje ogromne korzyści reklamowe. Instagram jest aktualnie powiązany z kontem na Facebooku, ale rodzaj reklam jest znacznie ograniczony. Snapchat to aplikacja, która w Polsce dopiero podbija rynek, a reklamy są dość skomplikowane i drogie.

Czy inwestowanie w reklamy na Facebook'u jest skuteczne?
A.S: Zdecydowanie tak! Grunt to dobór odpowiedniego kierowania i zastosowanie kilku trików, które pozwolą przy realnie niskim koszcie osiągnąć zadowalające wyniki. Klientów, którzy zastanawiają się nad tym rozwiązaniem zawsze przekonuję w jeden sposób. Wyobraźmy sobie, że zajmują się oni sprzedażą butów dla dzieci w wieku szkolnym. Wydruk zwykłej ulotki i jej rozdanie nie gwarantuje, że dotrzemy do zainteresowanych osób. Na Facebooku możemy targetować reklamę do osób, które posiadają dzieci w danym wieku, a także interesują się tematyką dziecięcą i szkolną. 200 zł tak różnie wydane daje tak różny wynik.

Jak poprawnie wypromować post, będąc 'fejsbukowym laikiem'? 
A.S: Po pierwsze dobrze przemyśl i zdefiniuj grupę odbiorców swoich reklam.
Po drugie twórz ciekawe i angażujące posty – dodaj przykuwającą uwagę grafikę, zadawaj pytania i śmiało używaj emotikonów! Po trzecie używaj wykluczeń – w przypadku klientów premium nie chcemy trafiać z reklamą do osób, które szczycą się, że Szlachta nie pracuje czy studiują na Wyższej Szkole Robienia Hałasu ;) . Poza tym,  przy promowaniu postów z grafiką dbaj o zachowanie odpowiednich proporcji tekstu do powierzchni (przy zbyt dużej ilości Facebook lubi zmniejszać zasięgi i mniej efektywnie promować posty). Narzędzie do sprawdzania tego wskaźnika: https://web.facebook.com/ads/tools/text_overlay?_rdr
Kolejna sprawa - jeżeli Twoje posty polubiają osoby spoza Twoich fanów to śmiało zapraszaj ich do polubienia strony – Kliknij w liczbę komentarzy i obok imion i nazwisk takich osób pojawią się przyciski 'Zaproś'. I najważniejsze – na Facebooku trzeba mieć trochę odwagi i warto eksperymentować z reklamami. Chcesz skutecznie reklamować swoją firmę? Po prostu zacznij to robić!

______________________________________________________________________________________________________________
Olu, dziękuję za rozmowę i porady, życzę sukcesów w pracy i dalszego rozwoju :)!
Duży Pokój - Profesje znane i nieznane - Stewardessa

Duży Pokój - Profesje znane i nieznane - Stewardessa

Sąsiedzi! Dziś w ramach cyklu Dużego Pokoju -  'Profesje znane i nieznane', goszczę piękną kobietę, która odważyła się zawlczyć o swoje marzenia! Anna Tycińska postanowiła zrezygnować ze stałego, niesatysfakcjonującego ją etatu, na korzyść pracy w przestworzach i udało się! Aktualnie Ania pracuje jako stewardessa i nawet nie myśli z tego rezygnować! Jeśli ciekawią Was kulisy pracy członka 'cabin crew', usiądźcie wygodnie i poczytajce...

Dlaczego zdecydowałaś się aplikować na stanowisko stewardessy?
Anna Tycińska: Moja poprzednia praca nie sprawiała mi zbyt dużej satysfakcji. Cieszyłam się, że ją mam, ale czułam, że to nie „TO”. Potrzebowałam zmiany. Na ogłoszenie o pracę, które zamieściła moja linia lotnicza natknęłam się przez czysty przypadek. Pomyślałam sobie, że to jest właśnie to, czego szukam! Wiedziałam, że praca stewardessy będzie dużo ciekawsza niż wpisywanie danych do komputera (bo takie właśnie miałam zadanie na poprzednim stanowisku), dodatkowo bardzo kusiła mnie perspektywa częstych podróży. Nie od dziś wiadomo, że cabin crew mają okazję zobaczyć „kawałek świata”. Dlatego nie wahałam się zbyt długo przed wysłaniem swojego CV. No i udało się! To tylko znak, że jeśli ktoś czegoś bardzo pragnie, może to osiągnąć, jeśli tylko się postara i nie boi się zaryzykować.

Jak wyglądał i ile trwał proces rekrutacyjny? 
A.T: Pierwszym etapem było oczywiście wysłanie CV. Musiałam mieć przygotowany dokument w języku polskim i angielskim. Po jakimś czasie zadzwoniła do mnie pracownica działu HR i zaprosiła na rozmowę kwalifikacyjną. Ta odbywała się w hotelu i trwała aż 4 godziny! Składała się z 2 etapów, przy czym pierwszy z nich w całości odbywał się po angielsku. Zadaniem naszej całej grupy było opowiedzenie kilku słów o sobie, następnie rekruterzy, poprzez różne zadania (takie jak np. kalambury!) sprawdzali naszą umiejętność pracy w grupie i to, jak radzimy sobie z postawionymi przez nich zadaniami. Po tym etapie część osób została „wyeliminowana”, a pozostałe zostały zaproszone na indywidualne rozmowy, które odbywały się już po polsku i przypominały „zwykłe” rozmowy kwalifikacyjne. Na zakończenie dostaliśmy informację, że jeśli linia lotnicza będzie zainteresowana, to poinformują nas o tym mailowo lub telefonicznie…i pozostało mi tylko czekać na kontakt z ich strony. Oczywiście każda linia lotnicza ma swoje zasady i ten proces rekrutacji może się różnić od opisanego powyżej.

Konkurencja w tej branży jest duża, jak udało Ci się ją pokonać?
A.T: Nie traktowałam osób, z którymi byłam na rozmowie jako konkurencję. Nie dlatego, że uważam, że nią nie były, wręcz przeciwnie. Po prostu trafiłam na tak fantastycznych ludzi, z którymi od razu znalazłam wspólny język, że nie czułam jakbym z nimi rywalizowała. Osoby, które odpadły w pierwszym etapie, zamiast patrzeć na mnie z zawiścią, to podchodziły, ściskały i gratulowały, życzyły powodzenia w dalszym etapie. A te, które ze mną zostały, zamiast wywyższać się i mówić, że są takie fantastyczne i nikt nie ma z nimi szans, opowiadały śmieszne anegdotki ze swojego życia, żeby rozładować atmosferę. Każdy, kto wchodził do sali, aby odbyć indywidualną rozmowę z rekruterami, dostawał przysłowiowego „kopa na szczęście”, a Ci, co czekali na swoją kolej, mocno trzymali za niego kciuki. Jeśli chodzi o załogę, musi ona ściśle ze sobą współpracować i wspierać się w każdej chwili, bo tylko tak możemy osiągnąć sukces, dlatego cieszę się, że ta praca zespołowa była widoczna już na najwcześniejszym etapie, jakim była rozmowa kwalifikacyjna.
Jakie warunki należy spełnić, aby mieć szansę na pracę na tym stanowisku? 
A.T: Podstawą jest znajomość języków. Angielski na poziomie zaawansowanym to absolutne minimum. Ale wiele linii lotniczych wymaga także znajomości dodatkowych języków. Oprócz tego stewardessa musi umieć pływać, na wypadek gdyby samolot musiał awaryjnie lądować na wodzie. Od kandydata wymaga się wysokiej kultury osobistej, umiejętności współpracy w grupie, a  także zdolności interpersonalnych. Doświadczenie w obsłudze klienta jest mile widziane, bo jak wiadomo, na pokładzie ma się regularny kontakt z pasażerami, którym należy zapewnić komfort i bezpieczeństwo. Na pewno przyda się dobra pamięć, bo szkolenie, które po rekrutacji odbywa każdy członek personelu pokładowego, jest bardzo szczegółowe i w trakcie jego trwania trzeba przyswoić dużą ilość informacji. Rekruterzy zwracają też uwagę na wygląd: na rozmowie kandydat musi wyglądać nienagannie, mieć elegancki strój, lekki, naturalny makijaż, a także upięte włosy. Więcej na ten temat mówiłam w jednym z moich filmików:
Jakie obowiązki należą do stewardessy? 
A.T: Naszą najważniejszą zasadą jest „safety first”, czyli „bezpieczeństwo przede wszystkim”. Na bezpieczeństwo na pokładzie składa się bardzo wiele czynników, od sprawdzania samolotu przed usadzeniem w środku pasażerów, poprzez kontrolę czy każdy z nich ma zapięte pasy w trakcie startu i lądowania, na regularnych kontrolach toalety skończywszy. Cabin crew (stewardessa) często wykonuje bardzo wiele małych czynności, których pasażer może nie dostrzegać, a które są niezwykle istotne dla zapewnienia bezproblemowego lotu. Oprócz wykonywania wszystkich obowiązków związanych z bezpieczeństwem, personel pokładowy ma także za zadanie kompleksową obsługę pasażerów. Mówiąc „kompleksowa” mam tutaj na myśli nie tylko sprzedaż pokładową, ale także pomaganie w schowaniu bagażu, zapięciu pasów, udzielenie pierwszej pomocy w razie wypadku, a czasem nawet służenie za ‘psychologa” gdy pasażer czuje potrzebę żeby z kimś porozmawiać. Mogłoby się wydawać, że praca jest lekka i przyjemna, ale praktycznie przez cały lot członkowie załogi muszą być czujni i przygotowani na każdą sytuację. Generalnie mamy odgórnie ustalone procedury, których musimy przestrzegać, a których bardzo dokładnie musimy się nauczyć w trakcie szkolenia. Wiedzę musimy odświeżać na bieżąco, bo przed każdym lotem jej poziom jest sprawdzany i oceniany. Tylko dzięki temu firma ma gwarancję, że każda stewardessa czy steward jest przygotowana/y do pracy!
Twoja praca wiąże się z regularnym przemieszczaniem się w 'czasoprzestrzeni'- powiedz, gdzie mieszkasz 'między lotami'? 
A.T: Najczęściej mieszkam w…domu. Ze względu na to, że mam z domu bardzo blisko do mojej bazy, nie muszę mieszkać w hotelu. Wsiadam do samochodu i w ciągu 15-20 minut jestem w pracy, co nie ukrywam, jest dla mnie bardzo komfortowe. Jednak nie wszyscy są w takiej dobrej sytuacji, mamy osoby, które muszą dojeżdżać nawet 60 km, dlatego często się wtedy decydują na wynajem mieszkania w pobliżu lotniska. Kiedy zdarzają się sytuacje, że po locie zostaję gdzieś na dłużej (są to tzw. „pobyty”), firma załatwia mi noclegi w hotelu. Często są to „tylko” pobyty w Polsce, ale bywają też i za granicą. Nie ukrywam, że te drugie są bardzo pożądane przez członków załogi!

Jakie korzyści oferuje wykonywanie tego zawodu?
A.T: Ten zawód oferuje bardzo wiele atrakcji! Największą z nich na pewno jest możliwość zwiedzania świata. Mimo że zagraniczne pobyty nie zdarzają się zbyt często, to i tak mamy szansę na zobaczenie miejsc, do których moglibyśmy nigdy nie dotrzeć, gdyby nie praca (np. koleżanka miała niedawno okazję pobyć kilka dni w Bejrucie). Dzięki temu nie tylko poszerzamy swoje horyzonty, ale także poznajemy nowych ludzi i ich kulturę. To naprawdę fascynujące! Gdy odbywamy loty wprowadzające (z instruktorem, który pokazuje nam jak dokładnie wygląda praca na pokładzie), przysługuje nam lot w kokpicie z pilotami. Widoki, które wtedy mamy okazję oglądać, są tak niesamowite (kompletnie różnią się od tych z perspektywy „pasażerskiej”), że jak dla mnie to była jedna z największych i najlepszych atrakcji tej pracy! Jako pracownicy lotniska (a przynajmniej w mojej bazie) mamy także rabaty na zakupy w sklepach duty free, co czasem pozwala nam sporo zaoszczędzić chociażby na kupnie wymarzonych perfum czy kosmetyków. To oczywiście tylko kilka z wielu plusów tego zawodu. Kiedyś spotkałam się z bardzo mądrym cytatem, że jeżeli wybierzesz pracę, którą kochasz, to nigdy nie będziesz czuł się zmuszony do niej chodzić. Bardzo cieszę się, że mi się to udało! Dla mnie każdy dzień w niej spędzony jest pełen niespodzianek, ekscytacji i wspaniałych momentów. Największą nagrodą jest dla mnie uśmiech pasażerów, którzy po skończonym locie podchodzą i mówią, że są bardzo zadowoleni z obsługi. Od niektórych nawet dostaje pamiątkowe „laurki”, co uważam za bardzo miłe gesty.
Tak apropos ostatnich łupów w duty free.. :

Czy zarobki są satysfakcjonujące ? 
Każda linia lotnicza oferuje zarobki na innym poziomie. Ja na swoje nie narzekam. Uważam, że w tym zawodzie to nie zarobki, a możliwości jakie daje, są najważniejsze!

Zdarzały Ci się nieprzewidziane lub niebezpieczne sytuacje na pokładzie?
Całe szczęście ja nie miałam żadnych wypadków na pokładzie. Zdarzyło mi się co prawda, że jedna z pasażerek zaczęła bardzo panikować w trakcie turbulencji (które swoją drogą wcale nie były aż takie silne), ale szybko udało nam się ją uspokoić. Ale w tym zawodzie nieprzewidziane sytuacje mogą zdarzyć się praktycznie podczas każdego lotu. Nieraz słyszałam historie znajomych, które musiały na pokładzie udzielać pierwszej pomocy osobie z atakiem serca, czy szybko ewakuować pasażerów z samolotu, który niespodziewanie zjechał z pasa startowego po lądowaniu.

Co najbardziej cenisz w tej pracy, a co chciałabyś w niej zmienić?
Tak jak już mówiłam, ta praca sprawia mi ogromną satysfakcję, chodzę do niej z uśmiechem. Nie wiem co jeszcze mogłabym dodać, poza tym, o czym już wspomniałam w pytaniu o profity. Czy coś bym w niej zmieniła? Chyba nie! To, że jest taka nietypowa, zaskakująca i nieprzewidywalna, sprawia, że każdy dzień w niej spędzony jest dla mnie niepowtarzalny. I za to właśnie ją kocham!

Aniu, bardzo dziękuję za rozmowę i życzę szczęśliwych lotów pełnych pozytywnych wrażeń:)!