• Winda
  • Duży pokój
  • Gabinet
  • Łaźnia
  • Spiżarnia
  • Garderoba

AKTUALNOŚCI

Masaż twarzy - dlaczego warto go wykonywać? + recenzja rollera kosmetyczki gwiazd, Joanny Czech

Masaż twarzy w domowym zaciszu zbiera coraz większe grono zwolenników. Poszczególne etapy codziennej rutyny pielęgnacyjnej, wykonywane przy użyciu odpowiednich narzędzi, mogą przynieść spektakularne efekty. Joanna Czech, nasza duma narodowa w dziedzinie kosmetyki, uświadomiła mi, że regularny masaż, to niezbędny element profilaktyki przeciwstarzeniowej skóry, a także sposób na bezinwazyjne 'poprawienie' urody. Promująca dobroczynne właściwości masażu twarzy Joanna, zaprojektowała facial massager - akcesorium, które umożliwia wykonanie w domu zabiegu zbliżonego do oferowanego w profesjonalnych gabinetach kosmetycznych. Jak stosować masażer i jakie korzyści z tego wynikają?


Kuleczki na wagę złota


Przez ponad 30 lat pracy zawodowej - wywiad TU - Joanna zyskała miano kosmetyczki gwiazd. Światowe sławy, z pełnym zaufaniem oddają swoje twarze w - zwane magicznymi - dłonie kobiety. Jedną z najbardziej cenionych umiejętności Asi jest indywidualnie dobierany masaż twarzy - okres oczekiwania, to bagatela... rok! Aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom klientów, którym zależało na podtrzymaniu efektów zabiegów u celebrity facialist, Joanna postanowiła zaprojektować tzw. beauty tool. Zbudowany z dwóch kuleczek i rączki masażer , 'chwyta' mięsień, a odpowiednia manipulacja narzędziem pozwala osiągnąć efekt liftingu. W zależności od siły z jaką oddziałujemy na skórę, możemy wykonać - przy delikatnym nacisku masaż, przy mocniejszym drenaż.

Jak wykonywać masaż rollerem?


Należy pamiętać, aby przed rozpoczęciem masażu, każdorazowo dezynfekować roller. Aby szybciej zauważyć efekty zabiegu, warto umieścić facial massager w szklance wypełnionej kostkami lodu. Sam masaż będzie wówczas typowo relaksacyjny. Zabieg zaczynamy po aplikacji na oczyszczoną skórę twarzy, rozgrzanego w dłoniach serum dobranego do rodzaju cery. Joanna poleca także 'rollowanie' masek w płachcie.

Dokładny instruktaż masażu z uwagami Joanny Czech znajdziecie tutaj. 

Dlaczego warto wykonywać masaż twarzy rollerem?

Masaż twarzy, powinien być obowiązkowym etapem pielęgnacji - to nieinwazyjna metoda pozwalająca wygładzić zmarszczki i zmnimalizować powstawanie nowych. Masaż, poprzez przyspieszenie krążenia krwi, dotlenia tkanki i znacznie przyspiesza ich regenerację, wzmaga także syntezę kolagenu i elastyny, co wpływa na zachowanie sprężystej, jędrnej skóry. Kolejnym atutem jest efekt liftingu - masaż wykonywany prawidłowo i regularnie, minimum 7 minut dziennie, pozwala zachować odpowiedni owal twarzy, w niektórych przypadkach nawet go skorygować. Warto mieć świadomość, że z wiekiem mięśnie ulegają osłabieniu, dlatego należy 'ćwiczyć' je właśnie przy pomocy masażerów. 'Wmasowywanie' kosmetyków pielęgnacyjnych masażerem pozwala na lepsze wchłanianie substancji aktywnych w głąb skóry, co potęguje efektywność zabiegu.

Pół roku z rollerem - efekty 


Odkąd stosuję masażer, moja cera jest jasna i promienna. Poranna opuchlizna, to rzadkość, worki pod oczami także się zmniejszyły. Owal twarzy wydaje się skorygowany - mam nadzieję zachować na długo trójkąt młodości, właśnie poprzez regularne wykonywanie masażu :). Skóra jest znacznie bardziej jędrna, sprawia wrażenie napiętej, gęstszej, bardzo podoba mi się ten efekt! Moją ulubioną formą zabiegu jest rollowanie na serum Vintner's Daughter - recenzja TU, a po denku VD stosuję serum - maskę z witaminą E LiqCe, zamiennie z witaminą C 15 %  LiqCC, które apropos można aktualnie zdobyć na rozdaniu TUTAJ. Szczerze polecam Wam stosowanie beauty tools - naprawdę warto 'podbić' działanie pielęgnacji!


Wykonujecie masaż twarzy w domu? Czy preferujecie wizyty w salonie kosmetycznym? Podzielcie się swoją opinią :).

Winda: Wojciech Sawczuk, Liqpharm - młode, polskie projekty są kreatywne i mogą rosnąć bez przyklejonego pierwiastka zagranicznego

Marka dermokosmetyków Liqpharm jest jedną z moich ulubionych. Stosowanie produktów gamy LIQC znacznie wpłynęło na poprawę kondycji mojej problematycznej, skłonnej do podrażnień skóry. Filozofia marki, jakość produktów, przemyślane receptury i efekt działania kosmetyków Liqpharm, wzbudziły moją ciekawość co do osoby stojącej za całym zamieszaniem - kim jest twórca LIQC i jak wyglądała jego droga do sukcesu w branży beauty? Wojciech Sawczuk, bohater dzisiejszego wywiadu, to niezwykły, pełen pasji i niewątpliwego uroku osobistego człowiek, którego warto poznać, wsiadajcie do Windy i posłuchajcie Wojtka, zapraszamy.

PS. Specjalnie dla czytelników bloku w piwnicy, Liqpharm przygotował wspaniałe prezenty - więcej informacji od jutra na @basssement !




Uwaga: Każdy, kto odwiedzi blok(g) Bassement, zostanie przyjęty w wyjątkowy sposób. Wojciech Sawczuk, został zaproszony do Windy i podobnie jak m.in. Joanna Czech - kosmetyczka Kim Kardashian  i @chirurgpawel zostanie wysłany w podróż po piętrach bloku. Zaczynamy od piętra 10, gdzie tradycyjnie zadaję 'najbardziej błahe pytania'. Finał podróży to Piwnica, w której każdy Gość otrzyma klucz do BBS:).



Najbardziej błahe pytanie - morze czy góry?
Nie do końca takie błahe, gdy dla wielu to niekończący się spór przedurlopowy :). Osobiście nigdy nie miałem tego dylematu i sprzedałem serce morzu, na tyle by przeprowadzić się na studia do Trójmiasta i wracać tam w każdej wolnej chwili. Bliskość morza była też jednym z powodów kolejnej przeprowadzki, tym razem do Grecji i pomimo, że aktualnie mieszkam w Warszawie, w mojej głowie i w sercu pozostaje niezmiennie 1:0 dla morza.

Jesteś absolwentem farmacji Uniwersytetu Medycznego w Gdańsku - dlaczego wybrałeś ten kierunek studiów? Przypadek? A może przemyślany plan?
Nie był to ani przypadek, ani ukartowany plan. Ja wybrałem Trójmiasto, a na samą decyzję o kierunku istotny wpływ miała rodzina. Moi rodzice postawili na nasze wykształcenie -  moje rodzeństwo też jest po studiach medycznych. Marta jest farmaceutką, a Monika stomatologiem. Farmacja jest obszerną dziedziną i rozpoczynając studia nie sądziłem, że elementy wiedzy tam zdobytej wykorzystam finalnie w branży kosmetycznej.


Od 2014 roku tworzysz markę Liqpharm. Skąd pomysł na realizację projektu i produkcję linii dermokosmetyków?
Jako farmaceuta przez kilka lat pracowałem w aptekach, gdzie ponad 80% kosmetyków to produkty zagraniczne. Jakościowo dobre, ale nie lepsze niż nasze polskie marki. Szare opakowania, białe słoiki, bure tubki, brązowe butelki - w tamtych czasach mdła masa wylewała się z aptecznych półek.
Przeszkadzało mi to, że polskie produkty były dobre, a nie prezentowały się estetycznie i zachęcająco. Poprzez Liqpharm i LIQC Dermocosmetics chciałem sobie udowodnić, że tworzenie i produkcja w Polsce może wyglądać inaczej. Przemyślane składy, jakość surowców i estetyka produktów są istotne. Młode, polskie projekty są kreatywne i mogą rosnąć bez przyklejonego pierwiastka zagranicznego. Wymaga to oczywiście czasu i dużego nakładu pracy, ale końcowa satysfakcja ścina z nóg całe zmęczenie.

Jak wspominasz swoje początki w zdominowanej kobietami branży beauty?
Początki nie były tak straszne jak mnie przestrzegano - to wdzięczna branża, pełna uśmiechu i pasji. Kobiety na gorąco komentują bestsellery, studiują etykiety, testują formuły, są ciekawe nowości, potrafią konstruktywnie krytykować, zmieniają się, marzą, czarują, a ja tylko dorzucam do tej całej dyskusji swoje pięć groszy i trochę wiedzy. Z pewnością było mi łatwiej ze względu na zaplecze zdobyte na studiach farmaceutycznych, ale i tak zaczynałem nieśmiało. Czas pokazał, że w branży beauty, która nieustannie się rozwija i zmienia, warto postawić na wartość jaką jest jakość. Na tym się skupiliśmy i teraz mnie to cieszy, ponieważ niezmiennie tworzymy produkty, które spełniają oczekiwania kobiet.

Liqpharm oferuje kosmetyki skoncentrowane - serum rozświetląjce z witaminą C w wersji rich i light, serum dwufazowe z witaminą E, serum peeling z kwasem glikolowym i serum  intensywnie korygujące z retinolem - czym różnią się proponowane przez Twoją markę produkty od dostępnych na rynku?
Gama dermokosmetyków LIQC charakteryzuje się powrotem do receptur, których niskie pH pozwala zwiększyć przenikanie substancji aktywnych w głąb skóry i jednocześnie wpływa korzystnie na jej fizjologiczną barierę ochronną. W codziennej pielęgnacji narażamy skórę na kontakt głównie z zasadowym środowiskiem, począwszy od substancji myjących przez kosmetyki pielęgnacyjne o wysokim pH aż po zasadowy odczyn wody w naszych wodociągach. Kontakt z tymi czynnikami zaburza równowagę kwasowo-zasadową skóry, przyczynia się do uszkodzeń lipidowej warstwy naskórka i pozostawia skórę szorstką, suchą i wrażliwą. Stopniowe wprowadzenie do pielęgnacji produktów LIQC pozwala odzyskać równowagę kwasowo-zasadową i dostarczyć skórze najważniejszych substancji aktywnych. Koncepcja kwasowych produktów to nie jedyny element, który nas wyróżnia. Liqpharm jest w 100% polską produkcją, nie zlecamy wytwarzania kosmetyków, posiadamy własny zakład produkcyjny i kontrolujemy każdy etap począwszy od selekcji i zamawiania substancji przez produkcję na wszystkich etapach po dystrybucję do kontrahentów spełniających określone kryteria. Dzięki temu jakość naszych kosmetyków pozostaje na wysokim poziomie.

Freestyle - co w głowie, to na języku
W głowie siedzi mi „low-waste” –  czuję się odpowiedzialny za to w jaki sposób funkcjonuje Liqpharm i jak polska produkcja wpływa na nasze środowisko. Od produkcji po dystrybucję coraz intensywniej skupiamy się na minimalizowaniu zanieczyszczeń, które nie podlegają recyklingowi. Zrezygnowaliśmy z plastikowych opakowań kosmetyków, zbędnego foliowania opakowań jednostkowych, ograniczamy ilość materiałów reklamowych do niezbędnego minimum. Wprowadzamy kolejne zmiany stopniowo, krok po kroku, „low-waste” to nie tylko trend ale proces, którego trzeba się nauczyć. Czasem większa świadomość zespołu jest już sukcesem.

Czym różni się dermokosmetyk od kosmetyku?
Funkcjonuje przekonanie że dermokosmetyki wykazują silniejsze lub ukierunkowane działanie, mają wyższe stężenia substancji aktywnych, posiadają właściwości lecznicze lub dystrybuowane są wyłącznie w aptekach. Przekonanie niestety błędne.  W skrócie, zgodnie z obowiązującym prawem takiego podziału nie ma i dermokosmetykiem możemy nazwać produkt kosmetyczny, który przeszedł badania dermatologiczne na określonej grupie. To nie skład, bądź deklarowane właściwości definiują czy produkt jest dermokosmetykiem, a testy które przeprowadza producent. Ciekawym jest też fakt, że wyroby o identycznym składzie mogą być odpowiednio kosmetykiem i dermokosmetykiem, a jedyna różnica dla dermokosmetyku to przeprowadzenie testu potwierdzającego przykładowo brak działania drażniącego i uczulającego. Czy warto zatem wybierać dermokosmetyk? Warto, szczególnie gdy mamy skórę wrażliwą i podatną na działanie aplikowanych substancji. Wybierając dermokosmetyk mamy pewność, że produkt przeszedł badania dermatologiczne i jest większe prawdopodobieństwo, że nasza skóra nie zostanie podrażniona. Zachęcam jednocześnie by pozostałe oczekiwania weryfikować czytając składy produktów i wybierać takie do których mamy zaufanie.

Parabeny - w sieci huczy od informacji dotyczących szkodliwego działania substancji z tej grupy - czy jest się czego bać?
Kosmetyk zawierający w swoim składzie wodę i produkowany na większą skalę powinien posiadać konserwanty w celu zapewnienia bezpieczeństwa w okresie stosowania. Nam udało się obniżyć stężenie konserwantów do minimum ze względu na niskie pH gamy LIQC i tym samym niski potencjał kontaminacji mikrobiologicznej. Odpowiedni dobór konserwantów jest istotny i celowo wprowadziliśmy konserwanty najlepiej przebadane z dostępnych na rynku, potwierdzając bezpieczeństwo stosowania w badaniach dermatologicznych.Osobiście uważam określone parabeny w kosmetykach dla dorosłych za najlepszy wybór do receptur, gdzie konserwant jest niezbędny. Wielu producentów zdecydowało się na wycofanie parabenów z receptur nie ze względu na ich właściwości ale przez czarny PR i potrzeby rynku. Paradoksalnie, na niekorzyść konsumentów, zastępując je związkami mniej przebadanymi i o większym potencjale alergizującym. Prawo kosmetyczne na szczęście się zmienia i cieszy mnie fakt, że niebawem znikną z opakowań napisy w stylu „bez parabenów” czy „nie zawiera...” sugerujące jakoby te substancje były niedozwolone i groźne. Nieustanne kontrowersje sprawiły, że dopuszczone parabeny są aktualnie najlepiej przebadanymi związkami konserwującymi stosowanymi w przemyśle kosmetycznym, spożywczym i farmaceutycznym. Przy zastosowanych minimalnych stężeniach, jak również przy stężeniach dopuszczonych w przemyśle kosmetycznym nie ma powodów do obaw.

Opracowujesz receptury kosmetyczne, czuwasz nad procesem produkcyjnym, zajmujesz się sprawami związanymi z promocją marki, a testowanie kosmetyków? Powiedz, czy testujesz i używasz swoich produktów? 
Tak, na ilość obowiązków nie mogę narzekać. Na szczęście testy i stosowanie kosmetyków należą do tych najprzyjemniejszych dla całego zespołu. Nasza gama dermokosmetyków LIQC to skoncentrowane formuły witamin, które wpasowują się komfortowo w pielęgnację kobiet i mężczyzn. Serum z witaminą C i serum z retinolem wybieram najchętniej, łączę z kremem i tak już jest od kilku dobrych lat.
Jakie są Twoje plany związane z rozwojem marki Liqpharm ?
Zrównoważony rozwój, stabilizacja marki i utrzymanie jakości to były plany, które aktualnie są wdrożone i funkcjonują. Ten i ostatni rok zaskakuje nas intensywnym wzrostem zainteresowania i sprzedaży gamy LIQC Dermocosmetics na tyle, że nie starcza czasu by skupić się na rozwoju nowego projektu kosmetyków UBBU i musimy to koniecznie nadrobić w okresie wakacyjnym. UBBU to boostery – podobne w konsystencji do serum. Produkty, które należy dozować na dłoń i mieszać z kremem przed aplikacją na twarz. Trzy koncentraty: kwasowy, witaminowy i antyoksydacyjny, które zmienią działanie nawet podstawowego kremu. Receptury i testy już są za nami, teraz tylko projekt końcowy opakowań zewnętrznych. Osobiście nie chcę by Liqpharm pozostał wyłącznie skupiony na kosmetykach, ich tworzeniu i dystrybucji. Marzy mi się rozszerzenie działalności. Wiem, że jeszcze nie pora na to, ponieważ jesteśmy młodą marka, ale pomysły na rozwój już się rodzą.

 Co 'trzymasz' w swojej piwnicy?
Sztalugi, blejtramy i farby. Wyjmuję je często. Ekscytuje mnie sam proces tworzenia, niezależnie czy to kolejny obraz czy też kolejny produkt Liqpharm.







Witam w Piwnicy Bassement Wojtku!


Więcej o marce Liqpharm przeczytacie tu: https://www.liqpharm.pl/

Chcę być lekarzem - czy nie jest za późno? Medycyna po innym kierunku studiów - 5 zaskakujących historii

Mówi się, że jeżeli wybierzemy zawód, który jest naszą pasją, nie przepracujemy ani jednego dnia. Jak tego dokonać? Jak rozeznać swoje powołanie i znaleźć zajęcie zgodne z predyspozycjami? Wybór odpowiedniej profesji, to rzecz niełatwa - często zdarza się, że droga zawodowa, którą obraliśmy po odebraniu świadectwa dojrzałości, okazuje się pomyłką. Co wtedy? Tkwić w miejscu, które nas unieszczęśliwia czy dokonać życiowej rewolucji? Dziś w blok(g)u w piwnicy goszczę pięć kobiet, które wybrały drugą opcję. Marta, Ania, Kasia, Ola i Sara, postawiły wszystko na jedną kartę, każda z nich przewróciła swoje dotychczasowe życie, by osiągnąć cel - zostać lekarzem.


Marta Kołątaj

Wychowywałam się w rodzinie lekarskiej, ale nie planowałam iść w stronę medycyny. Rodzice nie wywierali na mnie presji, ani nie zmuszali do obrania konkretnej ścieżki zawodowej, dlatego moim pierwszym wyborem nie była medycyna, ale prawo. Wszystko szło zgodnie z planem - zdałam maturę i dostałam się na studia.

Jednak pod koniec trzeciego roku prawa dopadło mnie przeświadczenie, że ten 'wymarzony' kierunek nie do końca spełnia moje oczekiwania. Czułam, że nie będę szczęśliwa w tym zawodzie. 
Bodźcem do poważnych przemyśleń była dodatkowo książka "Doktorzy" Segala. Zrozumiałam, że nie mogę pracować jako prawnik, nie chciałam robić czegoś, co mnie unieszczęśliwia. Wiedziałam już, że muszę zmienić kierunek na lekarski. Przepłakałam kilka dni, zanim zebrałam się na odwagę i zdecydowałam porozmawiać z rodzicami.

Postanowiłam podjąć konkretne kroki w celu realizacji swoich marzeń. Rodzice dali mi ogromne wsparcie, zaoferowali pomoc finansową i 'duchową', za co jestem im niezmiernie wdzięczna. Zaczęłam działać! Niestety, termin zgłoszeń na maturę minął - musiałam czekać kolejny rok! Nie porzuciłam studiów prawniczych, a między zajęciami i egzaminami uczyłam się chemii i biologii. Po czwartym roku prawa, dostałam się na studia lekarskie. Zamiana prawa na medycynę była najlepszą decyzją w moim życiu.

Okres studiowania na Uniwersytecie Medycznym był wspaniałym doświadczeniem, bardzo dobrze wspominam ten czas. Studiując medycynę, obroniłam pracę magisterską z prawa. Na szóstym roku lekarskiego postanowiłam sprawdzić czy rezygnując z kariery prawnika podjęłam słuszną decyzję. Zaczęłam pracę w kancelarii adwokackiej i upewniłam się, że to medycyna jest moją przyszłością. Dziś jestem na rezydenturze i pracuję na oddziale okulistycznym. Warto było przewrócić swoje życie do góry nogami:)!


Aleksandra 

Liceum rozpoczęłam z przeświadczeniem, że będę starować na medycynę. Niestety, z czasem okazało się, że muszę zmienić swoje plany na 'bardziej przyziemne'. Nie potrafiłam jednak zrezygnować z tematów strice medycznych, dlatego postanowiłam aplikować na położnictwo. Jakiś czas później przeprowadziłam się do oddalonego o 350 kilometrów od mojego rodzinnego miasta Poznania, by rozpocząć naukę na UMP. Pierwsze dni studenckiego życia były dla mnie szokiem. Pobudki o 5 rano, 12 godzin zajęć dziennie, wieczne niedosypianie, stres. Początki nie należały do najłatwiejszych, ale nie poddałam się i z czasem zaczęłam sobie całkiem dobrze radzić.

Pracę na stanowisku położnej wyobrażałam sobie w różowych barwach. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna, o czym przekonałam się przy okazji pierwszych praktyk w szpitalu. 
Wkrótce, po kolejnych zajęciach klinicznych pojawiły się wątpliwości - czy położnictwo, to droga dla mnie? Już wiedziałam, że chcę zostać lekarzem. Mimo obaw, postanowiłam przeprowadzić poważną rozmowę z rodzicami. Po długiej naradzie zdecydowaliśmy, że będę startować na medycynę, ale nie zrezygnuję z położnictwa. Byłam zdeterminowana. Do egzaminu z biologii i chemii uczyłam się w każdej wolnej chwili, nawet między odbieraniem porodów. Korzystałam też z pomocy korepetytora.

Maturę poprawiłam, jednak uzyskane przeze mnie wyniki, nie były wystarczające - brakowało mi kilku punktów, które pozwoliłyby mi studiować w Polsce. 
Nie chcąc tracić kolejnego roku, pomyślałam, że spróbuję swoich sił na uczelni poza granicami kraju, gdzie progi na medycynę są niższe. Wybór padł na Ukrainę - znalazłam pośrednika, wysłałam niezbędne dokumenty i czekałam na termin egzaminu wstępnego. W międzyczasie zaliczyłam semestr na położnictwie, zdałam egzamin zawodowy i obroniłam pracę licencjacką. Tydzień po uzyskaniu tytułu licencjata, byłam w Tarnopolu. Rekrutację przeszłam pozytywnie i wkrótce wyprowadziłam się na Ukrainę. Moje marzenia zaczęły się spełniać.

Rok akademicki na Ukrainie rozpoczęłam 1 września, a na początku października dowiedziałam się, że zostałam przyjęta na studia niestacjonarne w Polsce. W związku z kosztami, jakie poniosłam aplikując na medycynę w Tarnopolu, byłam zmuszona zrezygnować z nauki w kraju. Aktualnie ukończyłam drugi rok medycyny i wreszcie czuję się na właściwym miejscu.


Mam ogromne wsparcie moich rodziców - nie tylko emocjonalne, ale i finansowe. Nie ukrywam, że gdyby nie rodzice, nie miałabym możliwości studiowania medycyny. Ciężko pracują, żeby pokryć koszty mojej nauki.
Jestem szczęśliwa, że zdecydowałam się walczyć o swoje marzenia i nie mam problemu z tym, że swoje powołanie odkryłam później niż większość rówieśników. Przecież to tylko kilka lat :)!


Sara 

Od początku liceum myślałam o podjęciu studiów na kierunku lekarskim, jednak uczyłam się w klasie matematycznej i nie czułam się na siłach, żeby dodatkowo uczyć się biologii i chemii. Ostatecznie stwierdziłam, że po szkole średniej będę rekrutować na fizjoterapię na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku, moim rodzinnym mieście. Pierwszy rok studiów mogę podsumować, jako udany.

Wątpliwości co do mojej przyszłości jako fizjoterapeuty, pojawiły się dość szybko, bo już na drugim roku. Prowadzone przez lekarzy zajęcia kliniczne, pozwoliły mi obserwować kulisy ich pracy, co okazało się doświadczeniem niezwykle pasjonującym. Na korytarzach mijałam studentów medycyny, którzy ochoczo dyskutowali o przeróżnych jednostkach chorobowych, słuchałam ich rozmów z wielką tęsknotą... 
Moje marzenie sprzed kilku lat wróciło do mnie jak boomerang. Pomyślałam, że nie jest jeszcze za późno na zmianę życiowych planów i szykowałam się na rozmowę z najbliższymi. Rodzina uszanowała moją decyzję i obiecała wsparcie, co było dla mnie bardzo ważne. Czym jest kilka lat nietrafionych studiów w stosunku do całego życia?

Na trzecim roku fizjoterapii planowałam poprawić wynik matury z biologii i po raz pierwszy zdawać chemię, której musiałam uczyć się od podstaw. Szybko zdałam sobie sprawę, że przy zajęciach i praktykach na fizjoterapii, przygotowania do matury będą nie lada wyzwaniem. W pierwszym roku podeszłam do egzaminu z biologii i uzyskałam 85%, a w następnym uczyłam się do egzaminu z chemii. W międzyczasie studiowałam - już na magisterce - i pracowałam, żeby zarobić na korepetycje Udało mi się napisać chemię na 83%. Byłam z siebie dumna!

Powoli przygotowywałam się do nowego rozdziału życia. Sądziłam, że będę studiować w rodzinnym Gdańsku, niestety szybko zostałam sprowadzona na ziemię - okazało się, że progi punktowe wzrosły i ledwo dostałam się z ostatniej tury na uczelnię w Łodzi. Miałam wtedy 23 lata. Rodzice zapewnili mi pomoc. Dzięki ich wsparciu finansowemu mogłam wynająć pokój, kupić książki i żyć w mieście oddalonym od mojego domu o 330 km. Na początku ciężko było mi się przyzwyczaić. Sił dodawał mi mój chłopak, Kacper - przyjeżdżał do mnie w każdy weekend, motywował do dalszego działania, zapewniał rozrywkę, abym choć na chwilę oderwała się nauki, odpoczęła.

Bardzo chciałam udowodnić sobie i moim bliskim, że dam radę. Pierwszy rok studiów skończyłam z bardzo wysoką średnią, dostałam stypendium za wyniki w nauce i zostałam wybrana spośród 600 studentów jako reprezentantka w ogólnopolskim konkursie anatomicznym. 
Pod koniec pierwszego roku byłam pewna, że zmieniając kierunek studiów, podjęłam słuszną decyzję. Podczas majowego wyjazdu nad morze, Kacper i ja zaręczyliśmy się! Mój narzeczony przeprowadził się do Łodzi tego samego roku, dzięki czemu zaczęliśmy realizować plany dotyczące wspólnej przyszłości.

Po praktykach znalazłam pracę w restauracji sushi, gdzie cały rok dorabiałam jako kelnerka w weekendy i wieczorami - chcieliśmy uzbierać jak najwięcej pieniędzy na organizację ślubu i wesela. To był niezwykle trudny rok. Pogodzenie pracy z tak wymagającymi studiami, kosztowało mnie sporo wyrzeczeń. Uczyłam się po nocach, nie miałam czasu dla siebie, ani znajomych. Coś za coś, trzeba mieć priorytety...

Pod koniec drugiego roku studiów, byłam tak zmęczona spędzaniem całych weekendów w restauracji, że odważyłam się poszukać pracy w branży fitness. Kurs instruktora zrobiłam na 3 roku fizjoterapii. Przez ten czas dużo zapomniałam i obawiałam się początków, ale perspektywa spędzenia tylko dwóch godzin w pracy w ciągu dnia, była zbyt kusząca. Miałam wielkie szczęście, rozmowy kwalifikacyjne przebiegły pomyślnie i dostałam etat. Od końca drugiego roku studiów pracuję w klubach fitness. Obecnie prowadzę zajęcia 6x w tygodniu (łącznie 13 godzin), prowadzę profil na instagramie gdzie dzielę się pomysłami na zdrowe posiłki, jestem szczęśliwą mężatką, "mamą" kotki Róży, którą adoptowaliśmy rok temu, a przede wszystkim spełnioną studentką czwartego roku medycyny, która ma pomysł na swoją zawodową przyszłość.

Dzięki dobrej organizacji, mam czas na naukę, pracę i życie rodzinne. Nie zawsze jest kolorowo, ale daję radę! Zarabiam, dzięki czemu dokładam się do naszego budżetu, a to daje mi ogromną satysfakcję. Nie wyobrażam sobie siedzieć w domu, uczyć się i nic więcej nie robić. 
Już za 2 lata wrócimy do rodzinnego Gdańska i już dziś wiem, że będzie to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Może to co teraz powiem będzie banalne, ale wierzcie mi, warto walczyć o siebie i swoje marzenia!


Kasia Walkowicz

Pasją do medycyny zaraził mnie mój tata - lekarz. Od dziecka planowałam, że i ja będę leczyć ludzi. Tata często zabierał mnie ze sobą do pracy i do biblioteki lekarskiej, a ja w domu 'dokształcałam się' , po cichu zaglądając do książek medycznych, sklasyfikowanych jako pozycje 'nie dla dzieci'.

W liceum moje marzenia zeszły na dalszy plan. Zdecydowałam, że będę studiować psychologię i tak też zrobiłam. Wytrzymałam rok. Ledwo. Wkrótce przeprowadziłam się do Szwecji i tam też dostałam się na inny kierunek - ekonomię i zarządzanie, a magisterkę kontynuowałam na logistyce. 
To był cudowny czas! Poznałam wielu wspaniałych ludzi reprezentujących różne kultury, mieszkałam w najpiękniejszych miejscach świata, m.in w Paryżu, Chicago, Melbourne...Wydawało się, że niczego mi nie brakuje, jednak w mojej głowie zaczęły pojawiać się wątpliwości, nie byłam pewna, czy odnajdę się w zawodzie, do którego się przygotowywałam.

Na ostatnim roku studiów wiedziałam, że dłużej nie mogę tłumić w sobie uczucia, że mijam się z powołaniem. Stwierdziłam, że muszę rozpocząć studia na medycynie, inaczej nie odnajdę spokoju. W życiowej rewolucji wspierała mnie cała rodzina.

Zapisałam się na kurs przygotowujący do matury, kupiłam niezbędne książki i zaczęłam działać. Moi znajomi patrzyli na mnie z niedowierzaniem - szczególnie mój najbliższy przyjaciel, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, ale ja miałam konkretny plan i nic nie mogło mi przeszkodzić w jego realizacji, a przynajmniej tak wtedy myślałam... Dałam sobie 8 miesięcy na przygotowanie się do egzaminów z dwóch przedmiotów. Od zera... po 8 latach od ukończenia liceum - dodam, że uczyłam się w klasie z rozszerzoną matematyką i geografią, tym większym wyzwaniem było opanowanie materiału z biologii i chemii.

Kiedy nadeszła długo wyczekiwana przeze mnie wiosna 2014 roku, usłyszałam wyrok - nowotwór złośliwy. Szpital, operacje, chemia, ból i ... nauka - pomiędzy wlewami, które trwały po 12h dziennie, rozwiązywałam tysiące zadań. Moje marzenie o medycynie podtrzymywało mnie na duchu. Wierzyłam, że będzie lepiej, że wygram z chorobą i wstanę jak feniks z popiołu.

Pokonam raka i maturę! Taki był plan. 
Udało się! Zdałam maturę i uzyskałam wysoki wynik, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Przegapiłam rekrutację na polski wydział, a że mam szwedzkie obywatelstwo, złożyłam dokumenty na tzw. english division, gdzie prosces rekrutacyjny trwa dłużej. W 2015 roku, w wieku 28 lat zostałam szczęśliwą studentką medycyny:)!Przecież mam jedno życie! Warto je przeżyć dobrze.




Ciężka praca, wyrzeczenia, ale i odrobina szczęścia są podstawą sukcesu. W moim przypadku ważne było także wsparcie rodziny, także to finansowe. Sama staram się zarabiać dodatkowe pieniądze i w wakacje pracuję w Szwecji jako pomoc domowa. Jestem na czwartym roku, mam wspaniałego chłopaka, cudowną rodzinę i wreszcie robię to, co kocham!

Studiuję dla siebie, w końcu zawsze o tym marzyłam. Nie uczę się dla rodziny, ani dla tytułu. W medycynie podoba mi się to, że żaden dzień nie jest taki sam, ciągle trzeba się uczyć.

Wkuwanie książek nie zawsze jest fajnie, ale jak się dotrwa do klinik, cały trud zostaje wynagrodzony. To uczucie kiedy 'coś tam' staje się całością jest niesamowite.
Myślę, że ostatecznie nikt nie zwraca uwagi na to, w jakim wieku zaczęło się studia. Lekarz zawsze znajdzie pracę - na całym świecie. Można wyjechać, można wrócić. Niedawno dowiedziałam się, że mam nawrót choroby, ale nie poddam się i będę walczyć o swoje marzenia mimo wszystko i tego życzę każdemu.

Anna 

Studia medyczne rozpoczęłam w wieku 25 lat. Decyzję podjęłam po ukończeniu farmacji, w trakcie obowiązkowego stażu w aptece. Dlaczego?

Nie odpowiadał mi model w pracy farmaceuty w naszym kraju. O medycynie myślałam już wcześniej, nie byłam jednak gotowa, by tuż po liceum, w wieku 19 lat podjąć tak odpowiedzialne studia. 
Matury nie poprawiałam, miałam wystarczającą ilość punktów z pierwszego podejścia. Postawiłam wszystko na jedna kartę - Poznań ! Udało się bez problemu. Przez sześć lat studiów na lekarskim, pracowałam w aptece. To było nie lada wyzwanie! Miałam jednak szczęście do ludzi - współpracownicy byli bardzo wyrozumiali, wspierali mnie w mojej decyzji i bardzo pomagali.

Rodzina na początku była nastawiona sceptycznie. Aż 6 lat?!" ... Miałam inne zdanie - to tylko 6 lat w perspektywie całego życia!
Uważam, że decyzja o podjęciu studiów na medycynie w wieku późniejszym niż 'przewiduje ustawa', była najlepszą, jaką mogłam podjąć. Dojrzałość, wiedza i doświadczenie, które zdobyłam wcześniej pozwoliło mi na świadome przeżycie tego okresu. Na tą chwilę nie wyobrażam sobie pracować w innym zawodzie.



Znacie osoby, które podobnie jak dzisiejsze bohaterki zdecydowały się na przebranżowienie? A może sami zmieniliście swoją zawodową ścieżkę? Dajcie znać :) Czekam na Wasze historie!
Więcej niezwykłych losów Gości blok(g)u znajdziecie w Windzie i Dużym Pokoju.



To może Cię zainteresować:
Joanna Czech, kosmetyczka Kim Kardashian - wywiad
Aleksandra Sikora - polska reprezentantka Juventusu - wywiad
dr Paweł Kabata - o chirurgii inaczej - wywiad