• Winda
  • Duży pokój
  • Gabinet
  • Łaźnia
  • Spiżarnia
  • Garderoba
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Podcast w bloku #1: Spędził 12 lat w więzieniu, wolność kupił za 2 papierosy... |Grzegorz Czerwicki|

Podcast w bloku #1: Spędził 12 lat w więzieniu, wolność kupił za 2 papierosy... |Grzegorz Czerwicki|

Grzegorz Czerwicki - autor książki "Nie jesteś skazany", mężczyzna, którego historia jest gotowym materiałem na scenariusz filmowy. Przez dwanaście lat odbywał karę pozbawienia wolności, doświadczył sytuacji dramatycznych, z próbą samobójczą i planowaniem zabójstwa włącznie. W pierwszym odcinku Podcastu w bloku, porozmawiamy m.in. o tym, jaki wpływ na ocalenie Grzegorza miał ateista, i dlaczego Bóg ma "perfect timing"...







Serdecznie zapraszam :)





Kryzys, Kryzys - tak na mnie wołają...czyli historia nawróconego kibola. Bogdan Kryzys Krzak #wywiad

Kryzys, Kryzys - tak na mnie wołają...czyli historia nawróconego kibola. Bogdan Kryzys Krzak #wywiad

Kibic, chuligan, człowiek, którego lepiej unikać - kilkanaście lat temu w taki sposób opisywano Bogdana Krzaka, mojego dzisiejszego gościa. Kryzys, bo "tak na niego wołają", opowiedział mi historię swojej wewnętrznej przemiany. Bogdan doświadczył rewolucji, która odmieniła jego życie - "dziesionę" zamienił na Dekalog. Nie dokonał jednak tego sam...



"Kryzys", skąd ta ksywa?

Ksywa ta towarzyszy mi od podstawówki. Nadał mi ją kolega ze starszej klasy. Wiele lat jej nie lubiłem, starałem się robić wszystko, żeby do mnie nie przylgnęła, bo kojarzyłem ją z przykrą sytuacją. Wspomniany kumpel, nazwał mnie "Kryzysem", bo chodziłem w dziurawych trampkach. Wychowywałem się w biednej rodzinie, nie było mnie stać na nowe ubrania. Trudno było mi pogodzić się z sytuacją materialną - kolega trafił w mój czuły punkt. Dopiero po wielu latach, kiedy na jednej z konferencji o. Adama Szustaka dowiedziałem się, że słowo kryzys, ma wiele przeciwstawnych znaczeń - m.in. porażka i nadzieja, zaakceptowałem tę ksywkę. W ten sposób naprawdę stałem się Kryzysem, i zacząłem nieść nadzieję tym, którzy jej potrzebują.

Kibol - tak określasz młodego Bogdana. Byłeś typowym ‚chuliganem'?

Styl życia, który prowadziłem kiedyś, dziś jest mi obcy, pewnie dlatego słowo „kibol” nie należy do moich ulubionych. Chuligan? Tak, byłem chuliganem. Zaczęło się od stadionu - opowiadanie się za klubem niosło ze sobą konkretne działania, brałem czynny udział w bijatykach, wymuszeniach, byłem agresywny. „Chuliganiłem”, a to zaspokajało moje potrzeby

Jak wyglądała codzienność chłopaka subkultury stadionowej?

Rano wychodziłem do szkoły, ale szybko z niej nie wracałem. Po zajęciach szedłem „na ulicę”. Spotykałem się ze znajomymi, szukaliśmy przestrzeni, w której mogliśmy spędzić wspólnie czas na tym, co sprawiało nam wówczas największą przyjemność… To były zakrapiane posiadówki, tematem przewodnim był stadion. W stanie wskazującym prowokowaliśmy utarczki słowne, szarpaniny. W tamtym okresie mojego życia, nadrzędną jego wartością był klub. Oddać życie za klub? Zrobiłbym to. Bez wahania. Przynależność do klubu była moim „znakiem firmowym” - byłem utożsamiany z konkretnym środowiskiem, społecznością, miejscem. Nieważne było to, co działo się w naszych domach, rodzinach, mieliśmy ludzi wokół siebie, ludzi, z którymi dzieliliśmy „wartości”. Chciało się żyć!

Byłeś świadkiem przemocy od najmłodszych lat, z czasem sam zacząłeś powielać znany ci schemat - biłeś i... piłeś...

Tak było… Pamiętam, że zazdrościłem ludziom, którzy mają fajnie, młodzieży, która ma poukładany dom, rówieśnikom, którzy mieli się do czego odnieść. Uznałem, że ci, którzy mają dobrze, przeze mnie będą mieć chociaż trochę gorzej. Przemoc stadionowa, to było nic, w stosunku do tego, jaki ból odczuwałem obserwując ludzi, którzy są szczęśliwi, którzy mają to, czego mnie najbardziej brakowało. Myślałem wtedy „ A masz! Dlaczego masz mieć lepiej niż ja”. Moje działania były wynikiem zazdrości. To trudny temat…

Sprawy nie wyglądały ciekawie - na pewnym etapie, planowałeś samobójstwo...

Zazdrościłem kolegom, mściłem się na rówieśnikach, a największe pretensje miałem do dorosłych. Doświadczenia, które były moim udziałem, nie powinny przytrafiać się dziecku. Uważałem, że nie jestem godzien miłości, szacunku. W wieku trzynastu lat postanowiłem odebrać sobie życie. Na szczęście, nie zrealizowałem swoich zamierzeń. Gdzieś z tyłu głowy miałem tę myśl, że wszystko przecież mogę jeszcze zmienić. Marzyłem o rodzinie, o dzieciach, które wychowałbym w innym domu od tego, w którym sam dorastałem. Samobójstwo zamknęłoby drogę do jakiejkolwiek zmiany. Stamtąd nie byłoby powrotu. 

Twoim sposobem na życie była 'dziesiona', czyli…

W telegraficznym skrócie, kradzież z rozbojem. Kiedy nie miałem kasy, „żebrałem od innych”. To był jedyna znana mi opcja na to, żeby cokolwiek mieć. Pieniądze na alkohol, papierosy, dyskotekę, stadion. Podchodziło się do „ofiary” i mówiło w odpowiedni sposób: „ Ty, sypnij grosza”, a ona wiedziała, że nie ma możliwości odmówić. Postawa, kumple, którzy stawali za mną sprawiali, że ten człowiek nie miał wyboru. I to był rozbój. Wkraczanie w wolność osoby, która nie ma ochoty spełnić twojego żądania. Wstydziłem się tego, że muszę „sępić”, żeby coś mieć, ale nadal to robiłem.

Wzbudzałeś postrach - sprawiało ci to satysfakcję?

Byłem przekonany, że wzbudzam szacunek. Nie wiedziałem, że ludzie boją się przebywać w moim towarzystwie. Jakiś czas temu dowiedziałem się od kumpla, że znajomi uważali, że jestem nieobliczalny. Nie potrafili przewidzieć, co mi „odpali”, obawiali się, że przyjdzie im ponosić konsekwencje moich „akcji”. Woziłem się po mieście, czułem się ważny. Dziś przeraża mnie to, że ktoś mógłby się mnie bać. Niedawno byłem świadkiem, a właściwie uczestnikiem zaskakującej dla mnie sytuacji. Pewna kobieta powiedziała do dziecka: „Jak będziesz niegrzeczny, ten pan cię zabierze”, wskazując oczywiście dla mnie. Natychmiast się uruchomiłem. Dlaczego ktoś straszy mną dziecko? Nie chcę, żeby ktokolwiek się mnie bał. Kiedyś uważałem, że jestem szanowany, czułem ogromną satysfakcję. Nie rozumiałem, że tak naprawdę wzbudzam porażający ludzi strach.

Gdy urodził się twój brat, obiecałeś sobie, że nigdy go nie okłamiesz. Dotrzymałeś słowa? 

To prawda. Pokochałem brata miłością, której wcześniej nie znałem. Zaangażowałem się w jego opiekę. Nie chciałem, żeby dorastał w kłamstwie. Dotrzymałem słowa, chociaż był moment, kiedy miałem ochotę złamać tę złożoną sobie obietnicę. Mój brat poprosił, żebym przyszedł na spotkanie wspólnoty, do której należał. Pomyślałem, że jest w jakiejś sekcie, że muszę go ratować. Powiedział, że ten zły, będzie robił wszystko, żebym nie dotarł na miejsce. Uważałem, że to ja steruje swoim życiem, nie jakiś tam diabeł. Miałem pokusę, żeby okłamać brata, bo nie chciałem uczestniczyć w tym spotkaniu, jednak nie zrobiłem tego. Pojawiłem się na formacji z misją ratowania brata, ostatecznie uratowałem siebie. Swoją drogą, to niesamowite, że właśnie ta obietnica, którą złożyłem będąc sześcioletnim chłopcem, doprowadziła mnie do życiowej rewolucji lata później…

Podczas twojej wizyty w pewnym sklepie, sprzedawca - chrześcijanin - miał swego rodzaju doświadczenie duchowe - zobaczył w tobie demona... Opowiedz proszę, co wtedy się wydarzyło?

Sklep, o którym wspominasz, prowadzony był przez chrześcijan. Zaprosił mnie tam kolega, który głosił mi Ewangelię. Odwiedziłem go, rozmawialiśmy, jedna z osób tam obecnych nagle wyszła. Wtedy nie zwróciłem na to uwagi, ale po jakimś czasie, spotkałem tego człowieka ponownie - w mieszkaniu kolegi ze wspólnoty. Kiedy mnie zobaczył, struchlał. Opowiedział mi, że kiedy widział mnie po razy pierwszy, pomyślał, „Boże, ja wiem, że ty nie masz względu na osobę, ale ten człowiek jest nie do ruszenia, to samo zło”. Nie mógł uwierzyć, że przeszedłem taką metamorfozę, że się nawróciłem. Przekonał się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osobę.

Nawrócenie przyszło nagle?

To był proces. Zacząłem uczęszczać na spotkania różnych formacji, chłonąć tę atmosferę. W sercu coraz bardziej odczuwałem pragnienie, że chcę być taki, jak ci ludzie. Chciałem być taki spokojny, funkcjonować tak, jak oni. Miałem wrażenie, że „oni” są jacyś inni - teraz wiem, że świętość, to inność. Wracając z jednego ze spotkań, zwróciłem się do Boga, myślałem „ Jezu, jeśli ci ludzie są autentyczni „w tym wszystkim”, chcę ci oddać swoje życie”. Nie miałem siły, nie umiałem już i nie chciałem żyć na ciągłym „oriencie”. Marzyłem o spokoju, który cechował tych ludzi - nie wiedziałem, że to pokój, pokój ducha. Tego dnia naprawdę oddałem życie Bogu. Nie miałem planu, stanąłem w prawdzie przed samym sobą i wiedziałem, że nie mogę funkcjonować tak, jak dotychczas. Głęboko pragnąłem zmiany. Zostałem uwolniony do życia, Jezus mnie uwolnił. Codziennie zachwycam się tym, co Chrystus robi dla człowieka. Ten proces zaczął się 29 lat temu, trwa nadal, i to jest najpiękniejsze!

Twoja żona zajmowała się dziećmi, kiedy ty odrywałeś Boga, znikając na całe dnie. Długo czekałeś, aż "poczuje" to, co ty?

Moja żona patrzyła na moją ewolucję z zadziwieniem. Sporo razem przeszliśmy, trudno było jej uwierzyć, że się zmieniam. Zauważyła, że przestałem przeklinać, odstawiłem alkohol, papierosy, „skończyłem” z agresją. Mimo że sporo czasu spędzałem poza domem, uczestnicząc chociażby w spotkaniach wspólnoty, wracałem trzeźwy, spokojny - byłem już innym człowiekiem. To wszystko wprawiało ją w niemałą konsternację. Pamiętam, że pewnego dnia przeprosiłem żonę za swoje zachowanie, którym sprawiłem jej przykrość - to była akcja - reakcja. Nawaliłem, od razu się zorientowałem, wyraziłem skruchę. Była w szoku. Zapytała „ Co ty robisz?”. Nie mogła uwierzyć, że tak zwyczajnie ją przeprosiłem. Tłumaczyłem, że tak kazał Jezus, że trzeba przepraszać. Zaprosiłem żonę na spotkanie wspólnoty, odmówiła. Za jakiś czas, podczas mojej nieobecności w Polsce, zdecydowała się i poszła na wspólnotę. Nie posiadałem się ze szczęścia, kiedy dowiedziałem się, że moja żona oddała swoje życie Chrystusowi. Zmiana, którą zobaczyła we mnie, spowodowała, że chciała zobaczyć, na czym to polega, jak to wszystko jest możliwe. Sama doświadczyła Boga i trwamy w Nim razem od 30 lat.

Pracujesz jako instruktor psychoterapii uzależnień w ośrodku dla młodzieży - czy świadczysz tam o swoim nawróceniu, o Bogu?

Zanim zacząłem pracę w tym ośrodku, byłem wolontariuszem. Dawałem świadectwo wiary, opowiadałem o tym, jak Jezus zmienił moje życie. Głoszę też „sobą” - swoją postawą, stylem życia. Młodzi, mam nadzieję, jak mnie obserwują, to doświadczają Boga już przez moją obecność - jestem z nimi, służę im pomocą, wspieram w tej naprawdę niezwykle trudnej drodze o trzeźwość. Liczę na to, że oni z tego czerpią i wierzę, że znajdują sens w swoich sytuacjach i mają nadzieję.

Kiedy wkroczyłeś na ścieżkę Boga, twoje życie zmieniło sie diametralnie. Mówisz, że kryzysy wciąż zdarzają się Kryzysowi - to przecież ludzka rzecz. Powiedz, jak je przezwyciężać? Czy można wypracować jakiś sposób?


Kryzysy się zdarzają, to oczywista sprawa. Przyznam, że obawiam się chrześcijan, którzy twierdzą, że nie mają kryzysów wiary, że wszystko jest zawsze ładnie, pięknie, stabilnie. Brzmi to super, ale czy rzeczywiście jest możliwe? Nie wiem... Ostatnio na temat życiowych zawirowań rozmawiałem z młodzieżą z ośrodka, to co usłyszałem, jest bliskie mojemu sercu. Moi podopieczni uważają, że podczas kryzysu, warto poczekać - jeśli to oczywiście możliwe - z podejmowaniem decyzji. Emocje są najgorszym doradcą - "dobrym sługą", ale "nieudolnym królem". należy starać się wyciszyć, przeanalizować problem, zastanowić się nad jego genezą. Młodzież powiedziała piękną rzecz - kryzys warto "poprzeżywać", trochę z nim pobyć, zatrzymać się. Jeśli nie mogę dotrzeć do przyczyny problemu, zwracam się do kierownika duchownego, ale i bezpośrednio do Boga, tylko On może pomóc - niekoniecznie od razu, czasem "to" musi potrwać, ale ma to sens.

___________________________________________________________________________

Książkę Bogdana " Siema Kryzys. O wyciu w samotności i karmieniu dobrego wilka", znajdziecie TU.

Winda: Ines Beauty - stomatologia i blogowanie dają mi spełnienie!

Winda: Ines Beauty - stomatologia i blogowanie dają mi spełnienie!

Agnieszka aka Ines Beauty - stomatolog z powołania, blogerka z wyboru. Aga, to wyjątkowo serdeczna, pełna optymizmu kobieta, która każdego dnia ciężko pracuje, aby zrealizować swoje cele i spełnić marzenia. Za dnia lekarz, wieczorami influencer. Jak wyglądały początki Ines Beauty? Jak pogodzić pracę zawodową z blogowaniem? Zapraszam na wywiad z Agnieszką w Windzie.


Uwaga: Każdy, kto odwiedzi blok(g) Bassement, zostanie przyjęty w wyjątkowy sposób. Ines Beauty została zaproszony do Windy i podobnie jak m.in. Wojciech Sawczuk, producent dermokosmetyków marki Liqpharm i Joanna Czech - kosmetyczka Kim Kardashian i zostanie wysłana w podróż po piętrach bloku. Zaczynamy od piętra 10, gdzie tradycyjnie zadaję 'najbardziej błahe pytania'. Finał podróży to Piwnica, w której każdy Gość otrzyma klucz do BBS:).


Najbardziej błahe pytanie: deser czy fast food?
Fast food! Jestem fanką frytek, z chęcią jadłabym je codziennie... :)

Jesteś aktywnym zawodowo stomatologiem - blogowanie, to praca na drugi etat?
Stomatologia, to moja pasja. Kocham tę pracę i nie mogłabym z niej zrezygnować na rzecz blogowania, dlatego staram się pogodzić obydwie aktywności. Przygotowanie materiału na blog, to niezwykle czasochłonna sprawa - testowanie kosmetyków, makijaż, zdjęcia i ich obróbka, redagowanie tekstu, publikacja, promocja w mediach społecznościowych - to tylko kilka czynności, które należy wykonać, aby 'zamknąć' artykuł. Blogowanie, to zdecydowanie mój drugi etat i bardzo mnie to cieszy!

Jak udaje Ci się pogodzić stomatologię z blogosferą?
Podstawa, to odpowiednia organizacja czasu. Staram się planować każdy dzień i sumiennie wypełniać wszystkie punkty terminarza. Wstaję wcześnie rano i działam. Nie pracuję pod presją czasu - do każdego projektu przygotowuję się wcześniej, co sprawia, że nieprzewidziane okoliczności nie są mi straszne. Jestem szczęśliwa, że mam 'dwie zdrowe ręce' i mogę pomagać ludziom jako stomatolog, a dodatkowo radzić kobietom jako blogerka. Z przyjemnością wypełniam obowiązki lekarza i influencera.

Czy zdarza Ci się być rozpoznaną przez pacjenta - czytelnika insebeauty.pl?
Tak, coraz częściej słyszę pytanie - czy Inesbeauty, to Pani? Niedawno miałam zabawną sytuację -  pacjent pochwalił moją działalność na Youtube. Przyznam, że byłam nieco zaskoczona, że treści dotyczące kosmetyków i makijażu mogą być interesujące dla reprezentanta płci przeciwnej. Okazało się, że żona owego pacjenta regularnie ogląda moje vlogi, a ten rozpoznał mnie po... głosie :).

Projektujesz motywujące kalendarze dla kobiet, czym starasz się zainspirować czytelniczki do realizacji swoich marzeń. Mówisz, że sama zmieniłaś swoje życie na wielu płaszczyznach - w jaki sposób i czego dotyczyły zmiany?
Jestem przekonana, że każdy człowiek może spełnić swoje marzenia. Nie warto czekać, trzeba działać! Mimo że nasze drogi są różne, zostaliśmy wyposażeni w zestaw narzędzi, których wykorzystanie gwarantuje sukces. Wiele lat byłam 'niewolnikiem' siebie samej - za wszelką cenę starałam się zadowolić innych, robiłam wszystko, by tak się stało. Choć nie jestem typem marudy i zawsze brałam na 'klatę' to, co przynosiło mi życie, powiedziałam dość. Stwierdziłam, że nadszedł czas na zmiany. Zaczęłam słuchać siebie, podążać za głosem serca, walczyć o swoje marzenia. Nie było łatwo, ale czułam, że droga, którą postanowiłam obrać, jest tą właściwą. Przemiana wewnętrzna, to proces. Moja 'rewolucja', trwa już 10 lat - to najpiękniejszy okres mojego życia. Może zabrzmi to banalnie, ale mam ochotę krzyczeć ze szczęścia, bo jestem w miejscu, w którym zawsze pragnęłam być!

Freestyle - co w głowie, to na języku
Albert Einstein powiedział : " Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko". Wybrałam tę drugą drogę... Bo jak można rozpatrywać życie w kategoriach innych, niż te 'cudowne'?

inesbeauty.pl prowadzisz od kilku lat, w tym czasie zrealizowałaś szereg projektów, w tym współpracę z luksusową marką Kiehl's, której jesteś ambasadorką. Praca nad blogiem oferuje Ci wiele wspaniałych możliwości, jak choćby podróże. Spodziewałaś się, że Twoja witryna odniesie tak wielki sukces?
Nie spodziewałam się, że mój blog będzie rozwijał się w tak zawrotnym tempie. Początki nie zapowiadały sukcesu, tymczasem dziś mam możliwość uczestniczenia w międzynarodowych projektach. Jestem przykładem tego, że warto stawiać na jakość, nie na ilość. Mimo że mój blog nie notuje milionowych odsłon, moja praca została doceniona, a to sprawia mi ogromną satysfakcję i motywuje do działania. Wiesz co? Uważam, że nasze myśli kreują rzeczywistość, dlatego też mam tak optymistyczne nastawienie do życia! Od zawsze marzyłam o podróży do USA - postanowiłam starać się o wizę, nie mając pojęcia o tym, że zaproszenie do Nowego Jorku czeka na mnie tuż za rogiem. Kiehl's zaoferował mi wielką przygodę w Stanach i niezwykłe doświadczenia. Cieszę się, że mam okazję realizować się w blogowaniu, daje mi to wielką frajdę!

KWC - powiedz, jaki produkt stanowi Twój kosmetyk wszech czasów?
W mojej kosmetyczce jest sporo produktów, bez których nie wyobrażam sobie pielęgnacji. Trudno wymienić je wszystkie, dlatego postanowiłam powiedzieć o kilku kosmetykach, które sprawdzą się doskonale u kobiet o różnych rodzajach cer.:
  • szczoteczka Foreo - zapewnia gruntowne oczyszczenia skóry, jest nieodłącznym elementem mojej rutyny pielęgnacyjnej 
  • maska różana Sisley Black Rose Cream Mask - natychmiastowe odmłodzenie, cudownie otulająca formuła, można poczuć się dopieszczonym bez wychodzenia z domu, absolutny must have!
  • maska Kiehl’s Rare Earth Pore Cleansing Masque - doskonale oczyszcza i w sposób zauważalny zwęża pory 
  • Glow Tonic Pixi - genialny produkt. Delikatnie złuszcza martwy naskórek i przywraca blask cerze
  • Krem CC/BB Erborian - uwielbiam, stosuję jako bazę pod podkład - pięknie wyrównuje koloryt mojej cery. Aplikowany solo zastępuje podkład, dając delikatne krycie. Mój kosmetyczny hit tego roku. Używam zamiennie CC i BB
  • Puder Sisley Blur Expert - geniusz! Daje efekt 'naturalnego fotoszopa'.
  • Rozświetlacz Benefit Dandelion Twinkle - poręczny, prosty w 'obsłudze' - każda kobieta go ogarnie bez większych umiejętności makijażowych, daje subtelny efekt glow.

Jak wygląda Twoja rutyna pielęgnacyjna?
Jest wieloetapowa, zależna od pory dnia i roku. Zawsze, bez względu na to, czy jest to pielęgnacja poranna czy nocna, zaczynam od oczyszczenia skóry. Szczoteczka i żel/krem do mycia twarzy, potem maska, tonik, serum, krem pielęgnacyjny - trochę tego jest, ale warto. Doskonale znam potrzeby swojej cery, staram się je zaspokajać stosując odpowiednio dobrane kosmetyki. Mam 40 lat, a moja skóra jest w świetnej kondycji :).

Złota porada kosmetyczna od Ines Beauty, to…
Miłość, do siebie samej - to najlepsza recepta na piękno i moja złota porada kosmetyczna...  :).

Co przechowujesz w swojej Piwnicy?
Moja Piwnica pełna jest radości, marzeń i planów...







Witam w Piwnicy Aga:)!


Chcę być lekarzem - czy nie jest za późno? Medycyna po innym kierunku studiów - 5 zaskakujących historii

Chcę być lekarzem - czy nie jest za późno? Medycyna po innym kierunku studiów - 5 zaskakujących historii

Mówi się, że jeżeli wybierzemy zawód, który jest naszą pasją, nie przepracujemy ani jednego dnia. Jak tego dokonać? Jak rozeznać swoje powołanie i znaleźć zajęcie zgodne z predyspozycjami? Wybór odpowiedniej profesji, to rzecz niełatwa - często zdarza się, że droga zawodowa, którą obraliśmy po odebraniu świadectwa dojrzałości, okazuje się pomyłką. Co wtedy? Tkwić w miejscu, które nas unieszczęśliwia czy dokonać życiowej rewolucji? Dziś w blok(g)u w piwnicy goszczę pięć kobiet, które wybrały drugą opcję. Marta, Ania, Kasia, Ola i Sara, postawiły wszystko na jedną kartę, każda z nich przewróciła swoje dotychczasowe życie, by osiągnąć cel - zostać lekarzem.


Marta Kołątaj

Wychowywałam się w rodzinie lekarskiej, ale nie planowałam iść w stronę medycyny. Rodzice nie wywierali na mnie presji, ani nie zmuszali do obrania konkretnej ścieżki zawodowej, dlatego moim pierwszym wyborem nie była medycyna, ale prawo. Wszystko szło zgodnie z planem - zdałam maturę i dostałam się na studia.

Jednak pod koniec trzeciego roku prawa dopadło mnie przeświadczenie, że ten 'wymarzony' kierunek nie do końca spełnia moje oczekiwania. Czułam, że nie będę szczęśliwa w tym zawodzie. 
Bodźcem do poważnych przemyśleń była dodatkowo książka "Doktorzy" Segala. Zrozumiałam, że nie mogę pracować jako prawnik, nie chciałam robić czegoś, co mnie unieszczęśliwia. Wiedziałam już, że muszę zmienić kierunek na lekarski. Przepłakałam kilka dni, zanim zebrałam się na odwagę i zdecydowałam porozmawiać z rodzicami.

Postanowiłam podjąć konkretne kroki w celu realizacji swoich marzeń. Rodzice dali mi ogromne wsparcie, zaoferowali pomoc finansową i 'duchową', za co jestem im niezmiernie wdzięczna. Zaczęłam działać! Niestety, termin zgłoszeń na maturę minął - musiałam czekać kolejny rok! Nie porzuciłam studiów prawniczych, a między zajęciami i egzaminami uczyłam się chemii i biologii. Po czwartym roku prawa, dostałam się na studia lekarskie. Zamiana prawa na medycynę była najlepszą decyzją w moim życiu.

Okres studiowania na Uniwersytecie Medycznym był wspaniałym doświadczeniem, bardzo dobrze wspominam ten czas. Studiując medycynę, obroniłam pracę magisterską z prawa. Na szóstym roku lekarskiego postanowiłam sprawdzić czy rezygnując z kariery prawnika podjęłam słuszną decyzję. Zaczęłam pracę w kancelarii adwokackiej i upewniłam się, że to medycyna jest moją przyszłością. Dziś jestem na rezydenturze i pracuję na oddziale okulistycznym. Warto było przewrócić swoje życie do góry nogami:)!


Aleksandra 

Liceum rozpoczęłam z przeświadczeniem, że będę starować na medycynę. Niestety, z czasem okazało się, że muszę zmienić swoje plany na 'bardziej przyziemne'. Nie potrafiłam jednak zrezygnować z tematów strice medycznych, dlatego postanowiłam aplikować na położnictwo. Jakiś czas później przeprowadziłam się do oddalonego o 350 kilometrów od mojego rodzinnego miasta Poznania, by rozpocząć naukę na UMP. Pierwsze dni studenckiego życia były dla mnie szokiem. Pobudki o 5 rano, 12 godzin zajęć dziennie, wieczne niedosypianie, stres. Początki nie należały do najłatwiejszych, ale nie poddałam się i z czasem zaczęłam sobie całkiem dobrze radzić.

Pracę na stanowisku położnej wyobrażałam sobie w różowych barwach. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna, o czym przekonałam się przy okazji pierwszych praktyk w szpitalu. 
Wkrótce, po kolejnych zajęciach klinicznych pojawiły się wątpliwości - czy położnictwo, to droga dla mnie? Już wiedziałam, że chcę zostać lekarzem. Mimo obaw, postanowiłam przeprowadzić poważną rozmowę z rodzicami. Po długiej naradzie zdecydowaliśmy, że będę startować na medycynę, ale nie zrezygnuję z położnictwa. Byłam zdeterminowana. Do egzaminu z biologii i chemii uczyłam się w każdej wolnej chwili, nawet między odbieraniem porodów. Korzystałam też z pomocy korepetytora.

Maturę poprawiłam, jednak uzyskane przeze mnie wyniki, nie były wystarczające - brakowało mi kilku punktów, które pozwoliłyby mi studiować w Polsce. 
Nie chcąc tracić kolejnego roku, pomyślałam, że spróbuję swoich sił na uczelni poza granicami kraju, gdzie progi na medycynę są niższe. Wybór padł na Ukrainę - znalazłam pośrednika, wysłałam niezbędne dokumenty i czekałam na termin egzaminu wstępnego. W międzyczasie zaliczyłam semestr na położnictwie, zdałam egzamin zawodowy i obroniłam pracę licencjacką. Tydzień po uzyskaniu tytułu licencjata, byłam w Tarnopolu. Rekrutację przeszłam pozytywnie i wkrótce wyprowadziłam się na Ukrainę. Moje marzenia zaczęły się spełniać.

Rok akademicki na Ukrainie rozpoczęłam 1 września, a na początku października dowiedziałam się, że zostałam przyjęta na studia niestacjonarne w Polsce. W związku z kosztami, jakie poniosłam aplikując na medycynę w Tarnopolu, byłam zmuszona zrezygnować z nauki w kraju. Aktualnie ukończyłam drugi rok medycyny i wreszcie czuję się na właściwym miejscu.


Mam ogromne wsparcie moich rodziców - nie tylko emocjonalne, ale i finansowe. Nie ukrywam, że gdyby nie rodzice, nie miałabym możliwości studiowania medycyny. Ciężko pracują, żeby pokryć koszty mojej nauki.
Jestem szczęśliwa, że zdecydowałam się walczyć o swoje marzenia i nie mam problemu z tym, że swoje powołanie odkryłam później niż większość rówieśników. Przecież to tylko kilka lat :)!


Sara 

Od początku liceum myślałam o podjęciu studiów na kierunku lekarskim, jednak uczyłam się w klasie matematycznej i nie czułam się na siłach, żeby dodatkowo uczyć się biologii i chemii. Ostatecznie stwierdziłam, że po szkole średniej będę rekrutować na fizjoterapię na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku, moim rodzinnym mieście. Pierwszy rok studiów mogę podsumować, jako udany.

Wątpliwości co do mojej przyszłości jako fizjoterapeuty, pojawiły się dość szybko, bo już na drugim roku. Prowadzone przez lekarzy zajęcia kliniczne, pozwoliły mi obserwować kulisy ich pracy, co okazało się doświadczeniem niezwykle pasjonującym. Na korytarzach mijałam studentów medycyny, którzy ochoczo dyskutowali o przeróżnych jednostkach chorobowych, słuchałam ich rozmów z wielką tęsknotą... 
Moje marzenie sprzed kilku lat wróciło do mnie jak boomerang. Pomyślałam, że nie jest jeszcze za późno na zmianę życiowych planów i szykowałam się na rozmowę z najbliższymi. Rodzina uszanowała moją decyzję i obiecała wsparcie, co było dla mnie bardzo ważne. Czym jest kilka lat nietrafionych studiów w stosunku do całego życia?

Na trzecim roku fizjoterapii planowałam poprawić wynik matury z biologii i po raz pierwszy zdawać chemię, której musiałam uczyć się od podstaw. Szybko zdałam sobie sprawę, że przy zajęciach i praktykach na fizjoterapii, przygotowania do matury będą nie lada wyzwaniem. W pierwszym roku podeszłam do egzaminu z biologii i uzyskałam 85%, a w następnym uczyłam się do egzaminu z chemii. W międzyczasie studiowałam - już na magisterce - i pracowałam, żeby zarobić na korepetycje Udało mi się napisać chemię na 83%. Byłam z siebie dumna!

Powoli przygotowywałam się do nowego rozdziału życia. Sądziłam, że będę studiować w rodzinnym Gdańsku, niestety szybko zostałam sprowadzona na ziemię - okazało się, że progi punktowe wzrosły i ledwo dostałam się z ostatniej tury na uczelnię w Łodzi. Miałam wtedy 23 lata. Rodzice zapewnili mi pomoc. Dzięki ich wsparciu finansowemu mogłam wynająć pokój, kupić książki i żyć w mieście oddalonym od mojego domu o 330 km. Na początku ciężko było mi się przyzwyczaić. Sił dodawał mi mój chłopak, Kacper - przyjeżdżał do mnie w każdy weekend, motywował do dalszego działania, zapewniał rozrywkę, abym choć na chwilę oderwała się nauki, odpoczęła.

Bardzo chciałam udowodnić sobie i moim bliskim, że dam radę. Pierwszy rok studiów skończyłam z bardzo wysoką średnią, dostałam stypendium za wyniki w nauce i zostałam wybrana spośród 600 studentów jako reprezentantka w ogólnopolskim konkursie anatomicznym. 
Pod koniec pierwszego roku byłam pewna, że zmieniając kierunek studiów, podjęłam słuszną decyzję. Podczas majowego wyjazdu nad morze, Kacper i ja zaręczyliśmy się! Mój narzeczony przeprowadził się do Łodzi tego samego roku, dzięki czemu zaczęliśmy realizować plany dotyczące wspólnej przyszłości.

Po praktykach znalazłam pracę w restauracji sushi, gdzie cały rok dorabiałam jako kelnerka w weekendy i wieczorami - chcieliśmy uzbierać jak najwięcej pieniędzy na organizację ślubu i wesela. To był niezwykle trudny rok. Pogodzenie pracy z tak wymagającymi studiami, kosztowało mnie sporo wyrzeczeń. Uczyłam się po nocach, nie miałam czasu dla siebie, ani znajomych. Coś za coś, trzeba mieć priorytety...

Pod koniec drugiego roku studiów, byłam tak zmęczona spędzaniem całych weekendów w restauracji, że odważyłam się poszukać pracy w branży fitness. Kurs instruktora zrobiłam na 3 roku fizjoterapii. Przez ten czas dużo zapomniałam i obawiałam się początków, ale perspektywa spędzenia tylko dwóch godzin w pracy w ciągu dnia, była zbyt kusząca. Miałam wielkie szczęście, rozmowy kwalifikacyjne przebiegły pomyślnie i dostałam etat. Od końca drugiego roku studiów pracuję w klubach fitness. Obecnie prowadzę zajęcia 6x w tygodniu (łącznie 13 godzin), prowadzę profil na instagramie gdzie dzielę się pomysłami na zdrowe posiłki, jestem szczęśliwą mężatką, "mamą" kotki Róży, którą adoptowaliśmy rok temu, a przede wszystkim spełnioną studentką czwartego roku medycyny, która ma pomysł na swoją zawodową przyszłość.

Dzięki dobrej organizacji, mam czas na naukę, pracę i życie rodzinne. Nie zawsze jest kolorowo, ale daję radę! Zarabiam, dzięki czemu dokładam się do naszego budżetu, a to daje mi ogromną satysfakcję. Nie wyobrażam sobie siedzieć w domu, uczyć się i nic więcej nie robić. 
Już za 2 lata wrócimy do rodzinnego Gdańska i już dziś wiem, że będzie to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Może to co teraz powiem będzie banalne, ale wierzcie mi, warto walczyć o siebie i swoje marzenia!


Kasia Walkowicz

Pasją do medycyny zaraził mnie mój tata - lekarz. Od dziecka planowałam, że i ja będę leczyć ludzi. Tata często zabierał mnie ze sobą do pracy i do biblioteki lekarskiej, a ja w domu 'dokształcałam się' , po cichu zaglądając do książek medycznych, sklasyfikowanych jako pozycje 'nie dla dzieci'.

W liceum moje marzenia zeszły na dalszy plan. Zdecydowałam, że będę studiować psychologię i tak też zrobiłam. Wytrzymałam rok. Ledwo. Wkrótce przeprowadziłam się do Szwecji i tam też dostałam się na inny kierunek - ekonomię i zarządzanie, a magisterkę kontynuowałam na logistyce. 
To był cudowny czas! Poznałam wielu wspaniałych ludzi reprezentujących różne kultury, mieszkałam w najpiękniejszych miejscach świata, m.in w Paryżu, Chicago, Melbourne...Wydawało się, że niczego mi nie brakuje, jednak w mojej głowie zaczęły pojawiać się wątpliwości, nie byłam pewna, czy odnajdę się w zawodzie, do którego się przygotowywałam.

Na ostatnim roku studiów wiedziałam, że dłużej nie mogę tłumić w sobie uczucia, że mijam się z powołaniem. Stwierdziłam, że muszę rozpocząć studia na medycynie, inaczej nie odnajdę spokoju. W życiowej rewolucji wspierała mnie cała rodzina.

Zapisałam się na kurs przygotowujący do matury, kupiłam niezbędne książki i zaczęłam działać. Moi znajomi patrzyli na mnie z niedowierzaniem - szczególnie mój najbliższy przyjaciel, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, ale ja miałam konkretny plan i nic nie mogło mi przeszkodzić w jego realizacji, a przynajmniej tak wtedy myślałam... Dałam sobie 8 miesięcy na przygotowanie się do egzaminów z dwóch przedmiotów. Od zera... po 8 latach od ukończenia liceum - dodam, że uczyłam się w klasie z rozszerzoną matematyką i geografią, tym większym wyzwaniem było opanowanie materiału z biologii i chemii.

Kiedy nadeszła długo wyczekiwana przeze mnie wiosna 2014 roku, usłyszałam wyrok - nowotwór złośliwy. Szpital, operacje, chemia, ból i ... nauka - pomiędzy wlewami, które trwały po 12h dziennie, rozwiązywałam tysiące zadań. Moje marzenie o medycynie podtrzymywało mnie na duchu. Wierzyłam, że będzie lepiej, że wygram z chorobą i wstanę jak feniks z popiołu.

Pokonam raka i maturę! Taki był plan. 
Udało się! Zdałam maturę i uzyskałam wysoki wynik, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Przegapiłam rekrutację na polski wydział, a że mam szwedzkie obywatelstwo, złożyłam dokumenty na tzw. english division, gdzie prosces rekrutacyjny trwa dłużej. W 2015 roku, w wieku 28 lat zostałam szczęśliwą studentką medycyny:)!Przecież mam jedno życie! Warto je przeżyć dobrze.




Ciężka praca, wyrzeczenia, ale i odrobina szczęścia są podstawą sukcesu. W moim przypadku ważne było także wsparcie rodziny, także to finansowe. Sama staram się zarabiać dodatkowe pieniądze i w wakacje pracuję w Szwecji jako pomoc domowa. Jestem na czwartym roku, mam wspaniałego chłopaka, cudowną rodzinę i wreszcie robię to, co kocham!

Studiuję dla siebie, w końcu zawsze o tym marzyłam. Nie uczę się dla rodziny, ani dla tytułu. W medycynie podoba mi się to, że żaden dzień nie jest taki sam, ciągle trzeba się uczyć.

Wkuwanie książek nie zawsze jest fajnie, ale jak się dotrwa do klinik, cały trud zostaje wynagrodzony. To uczucie kiedy 'coś tam' staje się całością jest niesamowite.
Myślę, że ostatecznie nikt nie zwraca uwagi na to, w jakim wieku zaczęło się studia. Lekarz zawsze znajdzie pracę - na całym świecie. Można wyjechać, można wrócić. Niedawno dowiedziałam się, że mam nawrót choroby, ale nie poddam się i będę walczyć o swoje marzenia mimo wszystko i tego życzę każdemu.

Anna 

Studia medyczne rozpoczęłam w wieku 25 lat. Decyzję podjęłam po ukończeniu farmacji, w trakcie obowiązkowego stażu w aptece. Dlaczego?

Nie odpowiadał mi model w pracy farmaceuty w naszym kraju. O medycynie myślałam już wcześniej, nie byłam jednak gotowa, by tuż po liceum, w wieku 19 lat podjąć tak odpowiedzialne studia. 
Matury nie poprawiałam, miałam wystarczającą ilość punktów z pierwszego podejścia. Postawiłam wszystko na jedna kartę - Poznań ! Udało się bez problemu. Przez sześć lat studiów na lekarskim, pracowałam w aptece. To było nie lada wyzwanie! Miałam jednak szczęście do ludzi - współpracownicy byli bardzo wyrozumiali, wspierali mnie w mojej decyzji i bardzo pomagali.

Rodzina na początku była nastawiona sceptycznie. Aż 6 lat?!" ... Miałam inne zdanie - to tylko 6 lat w perspektywie całego życia!
Uważam, że decyzja o podjęciu studiów na medycynie w wieku późniejszym niż 'przewiduje ustawa', była najlepszą, jaką mogłam podjąć. Dojrzałość, wiedza i doświadczenie, które zdobyłam wcześniej pozwoliło mi na świadome przeżycie tego okresu. Na tą chwilę nie wyobrażam sobie pracować w innym zawodzie.



Znacie osoby, które podobnie jak dzisiejsze bohaterki zdecydowały się na przebranżowienie? A może sami zmieniliście swoją zawodową ścieżkę? Dajcie znać :) Czekam na Wasze historie!
Więcej niezwykłych losów Gości blok(g)u znajdziecie w Windzie i Dużym Pokoju.



To może Cię zainteresować:
Joanna Czech, kosmetyczka Kim Kardashian - wywiad
Aleksandra Sikora - polska reprezentantka Juventusu - wywiad
dr Paweł Kabata - o chirurgii inaczej - wywiad